Wyobraźcie sobie sytuację, w której po powrocie z piekła (dosłownie!) i pozbyciu się demona z ciała (swojego!) nagle dowiadujecie się, że jeden z najważniejszych członków watahy i partner waszej duchowej wilczycy nagle zostaje zaatakowany i znika. Co robicie? Bo Dora Wilk na przykład wywołuje wojnę z gangiem wilków i to w samym środku Torunia! A raczej Thornu, czyli magicznego odpowiednika miasta. 

Szósty, i zarazem ostatni, tom Heksalogii o Wiedźmie oferuje nam mnóstwo akcji, brutalności, porwań, konfliktów i ciężkich wyborów życiowych głównych bohaterów. I mimo że naprawdę dużo się tu dzieje, osobiście uważam, że Na wojnie nie ma niewinnych jest najsłabszą częścią.

Dlaczego?

Bo zaczął przeszkadzać mi marysuizm Dory, która nieważne, w jak straszliwe kłopoty by się wpakowała, i tak koniec końców odniosłaby sukces, pojawiając się z tarczą. Odjęło to realizmu, którym nawet fantastyka, a może szczególnie fantastyka, powinna się charakteryzować. Tu zostało odebrane coś, w co czytelnik dałby wiarę mimo irracjonalności tła powieści.

Poza tym jednym szkopułem, całość wyglądała naprawdę nieźle. Pojawiają się sojusze z nowymi bohaterami, poznajemy także podlaską sforę, a Jadowska wyjaśnia przyczyny konfliktu między Dorą a Brunonem (Alfą watahy w Thornie oraz członkiem Trybunału) i wtrąca co nieco o Hitlerze (tak, dobrze czytacie) oraz o badaniach przeprowadzanych na ludziach. Podobało mi się również dość otwarte zakończenie, z którego jasno nie wynika, czy Dora zaprzestanie wreszcie pakować się w kłopoty, czy wręcz przeciwnie - wejdzie w sam środek huraganu.

Najlepszym aspektem powieści jest jej indywidualny klimat. W ten sposób tylko Dora potrafi zaczarować, że czytelnik brnie przez kolejne strony z zapartym tchem i uśmiechem na ustach. A parę dobrych zwrotów akcji z pewnością wywoła szybsze bicie serca.

Myślę, że w niedalekiej przyszłości sięgnę po Szamańską serię, czyli książki o Witkacym, swego rodzaju rozszerzenie świata Dory Wilk. :) Na wojnie nie ma niewinnych polecam na nudny wieczór, kiedy rodzi się ochota na przeczytanie czegoś niewymagającego, wciągającego oraz zabawnego. Bo, co jak co, ale humoru Jadowskiej odmówić nie można. 


6/10

Na wojnie nie ma niewinnych
Aneta Jadowska
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Lublin 2014
Stron: 525

Egzorcyzmy Dory Wilk


Ostatnio dyskutowaliśmy o debiutach, więc póki temat świeży, znalazłam wydawnictwo trudniące się głównie w wydawaniu debiutów. Tak, dobrze słyszycie. Rzadko które wydawnictwo podejmuje się publikacji powieści nieznanego autora - a tu, niespodzianka. Białe Pióro zadrwiło z nas wszystkich. :)


Parę słów o + co wydają

Tak, jak wspomniałam we wstępie powyżej, Białe Pióro specjalizuje się w wydawaniu debiutanckich powieści. Z tego, co przeczytałam na stronie, łapią się za głównie beletrystykę, ostatnio za fantastykę, czasami literaturę dziecięcą, a nawet poezję - czyli do wyboru do koloru. 
Książki nakładem Białego Pióra można nabyć w ich osobistej księgarni (kliknij tutaj, żeby przejść), ale współpracują też z innymi. Oczywiście, audiobooki i ebooki też wchodzą w grę. 

Najbardziej popularne

Szczerze mówiąc, nie znam żadnej książki wydanej przez Białe Pióro - pewnie przez to, że rzadko czytam debiuty. Weszłam jednak do ichniejszej księgarni i tam w zakładce popularne widnieją pozycje takie jak: 
Na krańcach luster Piotr Ferens
Zabiorę cię jesienią do Brukseli Agnieszka Korzeniewska
czy → Nietoperz Leon Agnieszka Kazała.

Nowości

Zapowiedzi żadnych nie znalazłam, ale w rączki wpadło mi parę nowości, które mogą Was zainteresować. Po kliknięciu na okładkę, przeniesiecie się na stronę z opisem.


Co więcej?

Bardzo podoba mi się pomysł Białego Pióra odnośnie wydawania książek nieznanych do tej pory autorów. Daje to im dużą szansę zaistnienia. Szkoda tylko, że Białe Pióro samo nie należy do zbyt popularnych wydawnictw. Warto byłoby dać szansę i wydawnictwu, i jego autorom-debiutantom, co myślicie? 

Strona internetowa: https://wydawnictwobialepioro.pl/


A Wy znacie Wydawnictwo Białe Pióro? Czytaliście książki wydane jego nakładem? 

Od zarania dziejów kłamstwo traktowano jako przywarę człowieka grzesznego. Powodowało ono skazę na duszy i tym samym przeważało szalę (albo raczej nie przeważało, wszak serce według wierzeń miało być lżejsze od pióra) podczas ostatecznego rozrachunku w niebiosach. A co jeśli wysłannicy z nieba, znani również jako aniołowie, postanowią zatrudnić boga kłamstwa, Lokiego, by ten, korzystając z umiejętności urągania prawdzie, umacniał wiarę u ludzi i zamiast na wieczny ogień potępienia nawracał i zbawiał?

Taki oto zaskakujący przekręt oferuje nam Jakub Ćwiek w Kłamcy, pierwszym tomie cyklu o tejże nazwie. 

Tytułowym kłamcą, a zarazem głównym bohaterem, jest wspomniany wcześniej Loki - wywodzący się z mitologii nordyckiej bóg ognia i oszustwa. U Ćwieka Loki wyglądem wcale nie przypomina giganta, choć potrafi zmieniać kształt - może przemienić się w co (lub kogo) zapragnie: w staruszka, dziecko, rosłego mężczyznę, a już szczególnie w supermodelkę. Jest typowym psotnikiem o humorze czarnym jak najciemniejsze czeluści piekieł i z charakterystyczną wykałaczką w ustach. I tak sobie żyje ten Loki, niedoceniany, niemal zapomniany, łazi po burdelach, a dni spędza głównie na nielegalnych, ekscytujących rozrywkach.

Do czasu.

W niebie i na ziemi dzieje się coraz gorzej. Aniołowie nie są już przydzielani pojedynczemu człowiekowi, tylko całej rodzinie i to wyłącznie wierzącej. Wraz jednak ze zmieniającym się światem, w którym zapanowała zaawansowana technologia, ateistów zaczyna przybywać. A każdy anioł stróż może popełnić maksymalnie trzy błędy, potem zdegradowany ląduje w anielskich chórach bez możliwości powrotu. Wszystko to skrupulatnie doprowadza do znaczących braków w obu światach. To archanioł Michał postanawia uratować sytuację i to w dość radykalny sposób - zatrudnia Lokiego, co skutkuje wieloma sytuacjami interesującymi, śmiesznymi albo brutalnymi, okupionymi krwią niewinnych. Lub winnych, zależy od punktu widzenia.

Czytelnik podczas lektury bawi się doskonale. Nagłe wrzucenie w wir najrozmaitszych wydarzeń to ciekawy zabieg potrafiący wciągnąć aż do ostatniej strony. Na początku miałam trochę problem z chronologią czasu akcji, ale trwało to bardzo krótko i koniec końców połapałam się.

Wspomnę, że Kłamcę napisano w wersji krótkich bądź nieco dłuższych opowiadań - identycznie jak w dodatkach do cyklu, czyli Stróżach (recenzja) oraz Stróżach. Brudnopis Boga (recenzja). Przedstawiają one różne historie, często dziejące się w zupełnie innych miejscach: czy to na Ziemi (Praga, Chicago, polski Śląsk, Egipt, Włochy), w Niebie, czy Gdzieś poza czasem. Przyznam, że zabieg podzielenia podstawowej książki cyklu na opowiadania niezbyt przypadł mi do gustu. Nastawiałam się raczej na ciągłą fabułę z głównym wątkiem przeplatanym w międzyczasie pobocznymi. Tutaj, owszem, otrzymujemy główny wątek, choć nieco rozbity. Ciężko się wczuć.

Myślę, że oryginalność i humor to dwa największe atuty Kłamcy. Mamy przykładowo do czynienia z porwaniem, pseudosamobójstwem czy lądujemy w samym środku bitwy, a wszystko to okraszone świetnymi tekstami Lokiego. Wiele było momentów, w których parsknęłam głośno śmiechem, serio. W ogóle Ćwiek wykreował cudownych bohaterów, pełnych życia i realistycznych, którzy w połączeniu z akcją tworzą mieszankę "nie z tej ziemi", co z kolei wpływa na klimat powieści. I tu, moi drodzy, gwarantuję, że przepadniecie. Anioły i ich problemy, bogowie z mitologii czy postacie z alternatywnych wierzeń, ludzie poszukujący wiary (albo spokoju, albo łatwego zarobku), a przede wszystkim Loki, całkowicie wpasowują się w przedstawianą fabułę. Nic nie wydaje się przesadzone albo nierzeczywiste choćby przez sekundę, a każde zdanie generuje zachwycającą atmosferę.

Jestem naprawdę zauroczona Kłamcą i nie mogę doczekać się sięgnięcia po kolejne części, szczególnie że końcówka postawiła parę znaków zapytania i mega rozbudziła ciekawość. A Loki ląduje na liście moich ulubionych bohaterów książkowych za czarny humor i... cóż, za bycie Lokim.

Kłamcę polecam zarówno fanom fantastyki, jak i laikom stroniącym od gatunku. Gwarantuję, że odbierzecie ją bardzo pozytywnie, a wiele momentów wywoła u was szeroki uśmiech. Dla osób mających ochotę na coś przyjemnie lekkiego, humorystycznego, momentami absurdalnego. Jeśli chcecie zobaczyć zawstydzonego anioła i nowy wymiar kłamstwa, to książka dla Was! 

8/10

Kłamca
Jakub Ćwiek
Wydawnictwo SQN
Kraków 2018
Stron: 304

→ Kłamca 2. Bóg marnotrawny


Za możliwość przeczytania dziękuję

Źródło
Łapcie premierową propozycję fantasy, świeżutką, prosto od Wydawnictwa Initium! Kulawy szermierz Tomasza Matery z pewnością Was zachwyci i sprawi, że nie prześpicie paru nocy, zafascynowani przygodą!

Poniżej opis, a Ci, którym mało, niech wchodzą w link z bardziej obszernym fragmentem - KLIK>

Kaleki szermierz Uther Mac Flann nade wszystko pragnął usunąć z drogi Skowronka i odzyskać pozycję u boku generał Victorii Dauberg. Nie spodziewał się, że eskortowanie czarodziejki Agnes z Rubinowej Wieży wprawi w ruch nieodwracalny bieg wydarzeń. Amber, dyplomatka Heptarchii Oryksejskiej, podąża szlakiem zaginionej siostry, jednak los drwi z jej poszukiwań. Jedyne, co odnajduje, to grób Agnes, ślady okrutnego mordu... oraz trop wskazujący na fechmistrza Mac Flanna. Co wyniknie z ich spotkania? Tymczasem w Mieście Wież jego niezłomny obrońca, Koriolan, musi stawić czoła nie tylko żałobie po utracie żony i córki. Gebryjczycy podnieśli buńczuk na zachodzie i wkrótce staną u bram Oryksu. Losy postaci splatają się na tle wojennej zawieruchy w pogmatwany węzeł, tętniący od ludzkich przywar i namiętności. Z tygla wydarzeń nikt nie wyjdzie nieodmieniony. Obsesja, zdrada i ambicja zaprowadzą bohaterów na skraj przepaści… i na dno upadku. Bowiem gdy ceną odkupienia jest wyrzeczenie się zemsty, ludziom wojny pozostaje tylko jeden wybór.

PREMIERA 20.05.2020

Kto będzie czytał palec do budki! :)

Wyznam szczerze, że pierwszy raz tak długo zbierałam się do napisania recenzji książki. I nie było to winą braku czasu czy chęci, ale przeczytanych treści. Książka Deborah Feldman Unorthodox do tego stopnia weszła mi w głowę, że przez parę dni dosłownie nią żyłam, niepewna, smutna i rozgoryczona idiotyzmem społeczeństwa. Nie potrafiłam zapomnieć o historii kobiety, która gnana pragnieniem wolności porzuciła świat ortodoksyjnych Żydów. 

We wstępie zdradzę, że zdecydowanie warto sięgnąć po książkę. A po szczegóły zapraszam poniżej.

Unorthodox jest autobiograficzną powieścią autorki. Dewojre, bo tak zwraca się do bohaterki rodzina, opowiada historię życia w Williamsburgu, zamkniętym na resztę społeczeństwa osiedlu na Brooklynie należącym głównie do chasydzkich Żydów. Już jako mała dziewczynka, Dewojre doświadczyła wiele bólu ze strony rówieśników oraz dorosłych, ponieważ wychowywali ją dziadkowie. Ojciec był człowiekiem chorym psychicznie, którego posłanie do szpitala równało się skandalem, więc rodzina wolała pozostawić go na pastwę własnych urojeń. Matka Dewojre z kolei stała się gojką - tak nazywa się osobę, która odłączyła się od Żydów, zostając niewierną. 

Na samym początku poznajemy losy małej dziewczynki, niepotrafiącej zrozumieć wielu spraw, próbującej pytać i za wszelką cenę znajdować odpowiedzi. Ani Zajde (dziadek), ani Bube (babcia) nie są jednak w stanie konkretnie wyjaśnić, dlaczego Dewojre nie może jak inne dzieci chodzić w nowych ubraniach, czytać książek świeckich, czyli takich nienapisanych w jidysz, a przede wszystkim czemu, skoro mieszka w Nowym Jorku, zabrania jej się rozmawiać po angielsku? Oczywiście, Dewojre uczy się tego języka, zgodnie z programem nauczania, ale każdy zdaje się traktować to jako zło, jakby szatan wodził na pokuszenie z każdym słowem wypowiedzianym po angielsku.

Patrząc na dalsze wydarzenia, dzieciństwo autorki (chodzenie do szkoły, czytanie zakazanych książek w ukryciu) wydaje się kompletnie pozbawione emocji. Tutaj czytelnik zderza się z nie do końca logicznym światem, szczególnie dla człowieka wolnego. Połowa zakazów lub nakazów wydanych przez rabinów wydaje się niepotrzebna, a czasami wręcz śmieszna. Ale czytelnik nic nie neguje. Przecież każdy ma prawo wierzyć w co zechce, o ile nie przynosi to krzywdy drugiemu człowiekowi.

Zaczynamy się burzyć dopiero, kiedy Dewojre dorasta, czy raczej dojrzewa. Codzienne sytuacje zdają się wymykać bohaterce spod kontroli (o ile kiedykolwiek jakąkolwiek kontrolę posiadała). Dla przykładu fragment, w którym dostaje pierwszą miesiączkę - dziewczyna nie rozumie, co się dzieje z jej ciałem. Gdy przerażona, że umiera, biegnie do Bube, ta wręcza jej podpaskę, szybko tłumaczy co i jak, nazywa nieczystą i każe milczeć. I tyle. Ja osobiście przeżyłam ogromny szok, no bo jak to tak? Jak można potraktować w ten sposób przerażoną dziewczynkę, która zgodnie z prawami natury przekształca się w kobietę?

Im dalej brniemy w historię, tym Dewojre zdaje się dostrzegać coraz więcej głupstw, wymysłów rabinów prowadzących do krzywdy wiernych. Choćby comiesięczne mycie się w mykwie na oczach pracownic, ścinanie włosów niemal na łyso po zawarciu małżeństwa, noszenie peruki, pierwszy seks dopiero po ślubie (gdzie wcześniej nikt nie wyjaśnił ani jej, ani jej mężowi, czego oczekiwać). Dewojre cały czas neguje słowa Tory, nie potrafiąc pojąć, dlaczego Bogu tak bardzo przeszkadza związek dwóch mężczyzn, skoro o pedofilii nie ma choćby najmniejszej wzmianki? Dlaczego mężczyzna nie może żyć z innym mężczyzną, nikogo tym nie raniąc, a maltretowanie dzieci przez dorosłych jest dopuszczalne? Czemu masturbacja to niemal najgorszy istniejący grzech, a zabójstwo liczy się jako zbrodnia wyłącznie przy udziale dwóch świadków?

Co już zapewne wiecie ze wstępu, Unorthodox poruszyło mnie do głębi. Podczas czytania byłam strzępkiem nerwów. Co chwilę unosiłam się gniewem nad głupotą i zbytnią przesadą chasydzkich reguł, w niektórych momentach łzy wzbierały się pod powiekami, a z każdą kolejną stroną coraz mocniej dopingowałam bohaterkę, żeby się uwolniła i wreszcie uciekła. 

Jako człowiek wolny nie jestem też w stanie całkowicie uzmysłowić sobie idei tej dziwnej wiary. Owszem, rozumiem chęć zawierzania się Bogu, życia zgodnie z zasadami moralnymi, ale nie w przypadku, gdy te zasady przynoszą krzywdę innemu człowiekowi. Gdy zamiast rozwijać, blokują i przytłaczają...

Powiem tak: Unorthodox to książka, którą musicie przeczytać. Nie należy ona do łatwych, wyznam od razu. Każde zdanie czyta się powoli, żeby lepiej zrozumieć i głębiej wejść do przedstawionego świata. Osobiście nie miałam pojęcia, że w czasach, gdzie ludzie zdają się otwierać na resztę, stając się tolerancyjniejsi wobec mniejszości, gdzie codziennością jest wysoka technologia i nauka, istnieją jeszcze takie "cuda" jak Williamsburg. Unorthodox Deborah Feldman to pozycja obowiązkowa, ot co!

9/10

Unorthodox. Jak porzuciłam świat ortodoksyjnych Żydów
Deborah Feldman
Wydawnictwo Poradnia K
Warszawa 2020
Stron: 376

Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję Wydawnictwu


Zainteresowanych zapraszam na krótki trailer serialu powstałego na podstawie książki. Serial dostępny jest na Netflixie, jakby coś. :)



Słoneczna Dolina to pierwszy tom sagi Czarny Wygon autorstwa Stefana Dardy. W przeciwieństwie do dość radosnego tytułu (wszak słowo słoneczny kojarzy się ze szczęściem) otrzymujemy kawał dobrego horroru. Najlepszą recenzją będzie, jeśli powiem, że nocą zaraz po przeczytaniu książki miałam urojenia w postaci małej dziewczynki w czerwonej sukieneczce stojącej tuż za moimi plecami. Uciekłam pod kołdrę szybciej niż ludzie wbiegający do Lidla po crocsy. 

Zainteresowani? To zapraszam! :)

Historia opowiadana jest z dwóch perspektyw. Pierwsza dotyczy poniekąd głównego bohatera, Witolda Uchmanna, pięćdziesięcioletniego dziennikarza z Warszawy, który po otrzymaniu dziwnego e-maila jedzie na spotkanie aż do Guciowa (wioska w pobliżu Zwierzyńca) z Krzysztofem Piaseckim. Piasecki wciska mu w dłonie brulion opisujący losy przyjaciela, każe na siebie uważać, bo podobno grozi mu niebezpieczeństwo, po czym odjeżdża z miejsca spotkania. Z początku Witold nie podchodzi zbyt entuzjastycznie do sprawy, ale kiedy zaczyna czytać brulion, powoli zmienia zdanie. 

I tu otrzymujemy drugą perspektywę. Mieszkańcy nieistniejącej/zapomnianej Starzyzny walczą z klątwą, która po pewnych sekretnych i tragicznych wydarzeniach ogarnęła całą wioskę. Trześniowski, sołtys, w Wielki Piątek postanawia przejść się po okolicy, wbrew panującym regułom. Wtedy też wpada w lesie na młodego chłopaka, który wygląda i gada, jakby był z innego świata. Rafał Gielmuda, bo tak mu na imię, zamierzał jedynie odpocząć przed dalszą drogą, przespać się w samochodzie na poboczu, by nie zasnąć w trakcie jazdy i nie spowodować wypadku. Rafał nawet nie zdaje sobie sprawy, w jakie szambo wpadł. Nocą po Starzyźnie chodzą upiory - ich jedynym celem jest nakłonienie kolejnych mieszkańców do samobójstwa.

A w międzyczasie spotykamy się z prawie dwumetrowym karkiem siejącym postrach wśród okolicznych wiosek oraz z głowami psów wlatującymi przez okna...

Słoneczna Dolina to powieść, która przeplata ze sobą tajemnicę z dużą dozą grozy. Autor świetnie operuje językiem, co w niektórych momentach wywołuje dreszcze i gęsią skórkę. W książce spotykamy się z brutalnymi wydarzeniami, ze śmiercią, z upiorami, mordercami czy małą dziewczynką z gołymi białkami bez tęczówek - dość przerażającą, by wystraszyć dwudziestopięciolatkę (tak, mowa o mnie). 

Ponad trzy czwarte książki trwałam w niepewności, nie mogąc doczekać się zakończenia. Marzyłam, by poznać prawdę, by móc zespolić większość wątków w całość. Ostatnie fragmenty to była istna magia - lepszej końcówki nie mogłam przewidzieć. I choć niektóre wątki faktycznie zostały wyjaśnione, tak inne zrodziły tylko więcej pytań, na które odpowiedzi zamierzam odnaleźć w drugim tomie. 

Narracja płynęła niespiesznie, co uważam za ogromny plus, bo wprowadzała fenomenalny klimat. W chwilach grozy przyśpieszała, a kolejne zdania po prostu pożerałam wzrokiem. Serio. Już dawno książka nie wciągnęła mnie tak mocno w swoją fabułę. Poza emocjonalnością Słonecznej Doliny świetnie zaprezentowali się również bohaterowie. Mieszkańcy Starzyzny żyli w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku, a ich codzienność została przedstawiona naprawdę wiarygodnie. Szczególnie gwara i typowe dla tamtych czasów słowa finezyjnie urozmaicały książkę i dodawały dużo smaczku. 

Czarny Wygon. Słoneczna Dolina polecam osobom uwielbiającym bawić się emocjami, bo można tu odnaleźć strach, ciekawość, niepokojącą niepewność, wzruszenie, smutek, a chwilami i niewielkie  szczęście. Jeśli lubicie spójną fabułę, oryginalny temat, trochę brutalności i tajemnice zapomnianych wiosek, to książka jest dla Was. Tylko uważajcie! Bo jak wpadniecie w wir wydarzeń, ciężko będzie się wydostać!

9/10

Czarny Wygon. Słoneczna Dolina
Stefan Darda
Wydawnictwo Videograf
Chorzów 2017
Stron: 272

→ Czarny Wygon. Starzyzna


Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu

Zdjęcie pochodzi od Wydawcy
A teraz przyznajcie się, kto ma ochotę na kryminał osadzony w latach 20. XX w.? Jeśli chcecie zobaczyć, jak wyglądało śledztwo prowadzone bez komputerów, wyspecjalizowanych, kryminalistycznych laboratoriów, a złapanie mordercy to przede wszystkim umiejętności detektywistyczne?

Mam dla Was II tom cyklu Glatz Tomasza Duszyńskiego! Łapcie opis od wydawcy:
1921 rok. W pobliżu Zieleńca zostają odkryte zwłoki. To zaginiona w 1916 roku Sabine Hunfeld, córka znanego importera cygar. Sprawę przejmuje kłodzka policja w osobie Franza Koschelli, szefa nowo utworzonego Wydziału Kryminalnego.
Koschella mozolnie odkrywa okoliczności zaginięcia dziewczyny. Przez pięć lat ktoś skutecznie zacierał ślady. Wkrótce dochodzenie przybiera nieoczekiwany obrót, a Franz zostaje okrzyknięty Mścicielem z Kłodzka. Czy zasłużył na ten przydomek?
Do miasta przybywa kapitan Wilhelm Klein. Wojskowy śledczy ma niewiele czasu by pomóc… lub przeszkodzić wachmistrzowi Koschelli w jego szaleńczych planach.
Kto stał za porwaniem Sabine? Jak głęboko sięga sieć wzajemnych powiązań w strukturach kłodzkiego hrabstwa? Ile jeszcze tajemnic kryje Kraj Pana Boga?
Znakomity kryminał i porywająca opowieść o ambicji, lojalności i ciemnej stronie lat 20.

PREMIERA 03.06.2020


Czytaliście część pierwszą? Skusicie się? :)




Złodziejaszki to moje pierwsze spotkanie z autorką, Katherine Rundell, którą możecie kojarzyć z takich tytułów jak Dachołazy, Odkrywca albo Wilczerka. Osobiście bardzo lubię sięgać po książki dla młodzieży, czy jak w tym przypadku nieco młodszej młodzieży (lub starszych dzieci), bo wytwarzają one emocje zwykle zanikające w dobie dorosłego życia.

Jeśli chcecie dowiedzieć się, czy Złodziejaszki wyzwoliły wspomniane emocje, to zapraszam do dalszego czytania. :) 

Opowieść, w porównaniu do dalszych losów, zaczyna się dość niewinnie. Poznajemy Vitę, która wraz z mamą płynie statkiem do Nowego Jorku. Zamierzają odwiedzić dziadka/ojca, Jacka Wellsa, i pocieszyć go, rozweselić, a przede wszystkim wspomóc duchowo. Strata ukochanej żony to tragedia, z którą starszy pan nie potrafi się pogodzić. A jeśli dodamy do tego utratę domu, nie można mówić o większym nieszczęściu. Vita poznaje przykrą prawdę: dziadek został oszukany przez bogatego przedsiębiorcę, Victora Sorrotore, który za niewielką cenę (dwieście dolarów) odkupił Zamek Hudson. Odkupił? Phh, raczej zdobył podstępem! 

Zamek należał do rodziny Wellsów od pokoleń, dlatego dziewczyna postanawia go odzyskać specjalnie dla dziadka. Vita knuje spisek, który przeistacza się w plan, gdy bliżej poznaje Sorrotore. Człowieka złego do szpiku kości, wyrachowanego gangstera. Postanawia odzyskać najgłębiej ukryty ostatni szmaragd, którego spieniężenie pozwoli odkupić posiadłość. Problem polega na tym, że aby osiągnąć cel, musi przepłynąć przez jezioro, przeskoczyć przez sześciometrowy mur, okiełznać wściekłe psy i wykopać kamień spod fontanny. Aha, no i wrócić z powrotem do Nowego Jorku.

Powzięte zamierzenie kompletnie nie miałoby sensu, gdyby na drodze Vity nie stanęła Silk - sierota wychowana na ulicach miasta, żyjąca z niewielkich kradzieży; oraz dwóch chłopców z cyrkowych rodzin: Arkadij potrafiący okiełznać nawet najbardziej drapieżne i dzikie zwierze, oraz Samuel - marzący o fruwaniu, o podwójnych saltach i lotach na trapezie, a zamiast tego szkolony przez wujka na najlepszego tresera koni. Ta czwórka dzieciaków, z pozoru całkowicie odmienna, tworzy zwartą grupę, której nie straszne są nawet porachunki mafijne czy karalne groźby.

Złodziejaszki pochłonęłam na raz, tak mocno zostałam wciągnięta w wir wydarzeń pełnych zwrotów akcji, przepięknych opisów i - głównie - całej gamy emocji. Nie nudziłam się ani przez sekundę, coraz mocniej zaintrygowana dalszymi losami bohaterów. Jestem pewna, że skoro ja odebrałam powieść w ten sposób, wasze dzieci (i ogólnie młodsi czytelnicy) będą nią zupełnie oczarowani. Szczególnie że nie zabrakło również momentów pełnych grozy i niepewności. Dzieciaki wpakowały się w naprawdę niezłe tarapaty, z których niejeden dorosły nie wyszedłby cało.

Dużym smaczkiem był czas, w którym toczyła się historia. Lata 20. XX w. to czasy prohibicji, gangsterów, nielegalnego pędzenia alkoholu w kanałach czy pięknych, wytwornych sukien, uczesanych pudli oraz dużych, błyszczących kamieni. Autorka świetnie i niesamowicie sprawnie przemyciła te akcenty do książki, ubierając ją w jeszcze barwniejszą i niezwykłą przygodę.

Złodziejaszki polecam z czystym sumieniem zarówno dla młodzieży, jak i dorosłych. Moje wewnętrzne dziecko obudziło się podczas czytania, czemu całkowicie się poddałam. Przeżywałam historię z Vitą, Slik, Samuelem oraz Arkadijem - to chyba najlepsze zachęcenie do lektury. Złodziejaszki to opowieść o przyjaźni i rodzinie, przekazująca wiele wartości oraz ucząca, że marzenia istnieją wyłącznie po to, by je spełniać. 

8/10

Złodziejaszki
Katherine Rundell
Wydawnictwo Poradnia K
Warszawa 2020
Stron: 352
Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję Wydawnictwu




Powieść Powódź Pawła Fleszara przedstawiono mi jako kryminał z oryginalnym tematem; współczesna, choć zawierająca nostalgiczne wątki. Podobno fundamentem intrygi jest rzadki, nietypowy pomysł, z którym nie spotykam się raczej na co dzień, podczas czytania innych kryminałów. 

Intrygujące? Na pewno?

Książka rozpoczyna się dokładnie drugiego lipca, w poniedziałek. We wstępie otrzymujemy trzy wycinki artykułów z gazet, które wprowadzają w fabułę. Możemy poczytać o handlu kobietami w Europie, o ciemniej stronie internetu, czyli tzw. darknecie, oraz poznać prognozy meteorologiczne - duże opady, zagrożenie powodzią w Krakowie. Tego też dnia główny bohater Krzysztof, dla przyjaciół Kris, dowiaduje się, że jego najlepszy przyjaciel z dzieciństwa popełnił samobójstwo, wyskakując z okna wieżowca. Choć nie widzieli się i nie rozmawiali szmat czasu, Kris postanawia wziąć tygodniowy urlop i pojechać do Krakowa zbadać sprawę, bo nie potrafi uwierzyć, że Kuba byłby zdolny targnąć się na własne życie.

Kiedy dociera na miejsce, wszystkie poszlaki wskazują na typowe samobójstwo. Ba! Kuba przed śmiercią zdążył nawet napisać dziwny list pożegnalny na odwrocie zdjęcia nieznanej nikomu dziewczyny. Kris zaczyna węszyć, a każde kolejne kroki cofają, zamiast prowadzić naprzód. Sprawa wydaje się coraz mocniej zawikłana. Osoby, wśród których otaczał się Kuba, prawdziwe twarze skrywają za maskami i nic nie jest pewne. No, dobrze. Nic poza jednym: Kuba wdepnął w naprawdę wielkie, śmierdzące gówno. Przyjaciel wplątał się w coś, co ciężko pojąć i wytłumaczyć, szczególnie ułożonemu, uczciwemu sierżantowi, jakim jest Kris.

A wszystko to w otoczeniu powodzi ogarniającej Gród Kraka. Wśród sypiących się domów, uszkodzonych mostów i wybuchających barek.

Przyznam szczerze, że obietnica, którą mi złożono, została dotrzymana. Powódź to naprawdę kryminał z oryginalną fabułą. Akcja z początku toczy się powoli, ale cały czas do przodu, co podsyca ciekawość, a oczekiwanie tylko rośnie i rośnie. Aż wreszcie otrzymujemy całą gamę wydarzeń, które łączą się w przewyborną całość i dają nam o wiele więcej, niż pierwotnie oczekiwaliśmy. Ekscytacja wybucha niczym wspomniane wyżej barki. 

Świetnym urozmaiceniem powieści były dodawane co rozdział trzy artykuły z gazet, wpisy z portali internetowych czy rozmowy na forum. Dodało to smaczku i doskonale uzupełniło fabułę, a czasami i wyjaśniało niektóre wątki (np. ten dotyczący życia Krisa).

Godni pochwały bohaterowie, który zostali stworzeni nie tyle co rzetelnie, ale i bardzo realnie. Żadna postać nie pojawiła się w Powodzi przypadkowo - autor przypisał rolę każdemu. I to uważam za wadę. Szczególnie wplątanie do fabuły nastolatków, którzy przyszli tak naprawdę znikąd (Marika). Naciągane było połączenie dorosłego faceta z dzieciakami, momentami wnoszącymi więcej do fabuły niż główny bohater. Odniosłam też wrażenie, że gdyby nie oni, Krisowi nie udałoby dojść do prawdy. 

Jeśli macie ochotę przeczytać dobry, zajmujący kryminał, to Powódź jest idealnym wyborem. Będziecie lawirować między lżejszymi, nieco humorystycznymi fragmentami a tymi mrocznymi, wyjętymi wprost z darkneta lub z filmów snuff (filmy ostatniego tchnienia). Dla ludzi o mocnych nerwach i nie bojących się poznać brutalnej prawdy o handlu ludźmi, poniżaniu kobiet i morderstwie przed kamerami.

7/10

Powódź
Paweł Fleszar
Wydawnictwo Księży Młyn
Łódź 2019
Stron: 212

Za możliwość przeczytania dziękuję Autorowi



Z pewnością nie muszę tłumaczyć, czym jest wspomniany w tytule bookstagram. Większość z Was zapewne posiada konto na Instagramie i dodaje tam zdjęcia książek wraz z krótką recenzją/opisem/pogadanką o niczym. Ba! Sama ostatnio pokusiłam się na założenie konta (zainteresowanych zapraszam to klikania tutaj).

I kiedy tak zaczęłam przeglądać inne profile, kiedy mocniej zagłębiłam się w ten światek, doszłam do wniosku, że to idealny temat na kolejną dyskusję! Dlatego...

V ODSŁONĘ SERII DYSKUSYJNEJ, CZYLI
TROCHĘ O BOOKSTAGRAMIE


Osobiście uważam, że konto na Instragramie - programie w zupełności poświęconym kreatywnym, fotograficznym wyładowaniom, które kręci się wokół literatury, to naprawdę świetna sprawa. Zanim się tam znalazłam, nie spodziewałam się, że książki mogą tak ślicznie wychodzić na zdjęciach, jeśli zbuduje się odpowiednią aranżację i jeśli umie się co nieco. No, i oczywiście bardzo ważnym elementem tutaj jest obróbka zdjęć, czyli znajomość programów edytorskich. 

Pierwszy raz mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że Instagram to aplikacja, która jednak posiada jakiś sens. Bo książki to jest doskonały pomysł na stworzenie świetnego profilu. A nie przedstawianie zwykłego życia szarego Polaczka albo Madki Polki, dodającej na raz miliony fotosów ze spaceru swojego bombelka

Jedyną "wadą" bookstagrama są recenzje, które użytkownik dodaje pod zdjęciami. Przyznam szczerze, że nie trafiłam jeszcze na pełnowartościową, trzymającą się kupy, z sensem i polotem recenzję (zupełne przeciwieństwo blogosfery). Zwykle są to wycięte urywki (sama tak robię, bo pisanie na klawiaturze telefonu z ciągle podpowiadającym słownikiem zmieniającym wyrazy to istna mordęga), ale na swoje usprawiedliwienie powiem, że cała recenzja ląduje na blogu. A co z osobami nieposiadającymi bloga? Nie czują się ze sobą źle, kiedy potraktują przeczytaną książkę trochę po macoszemu?

Teraz zapewne stwierdzicie, że: Chwila, chwila, chwilunia! Na Instagramie dodaje się fotosy, a nie jakieś tam recenzje! A ja wtedy odpowiem: Okej. To po co więc umieszczać recenzje w ogóle? Nie wystarczyłaby tylko krótka pogadanka o dupie maryni? 

A jak to wygląda u Was, moi drodzy Pomistrzowianie? (Nazwa jest idealna, zamierzam jej używać już na zawsze). Ile zajmuje Wam zrobienie zdjęcia czy odpowiedniej aranżacji? Zwykle poświęcacie temu parę godzin i cykacie foty wszystkich książek ze stosu przeczytanych? A co z opisami pod zdjęciami? Piszecie recenzje, wstawiacie opisy z okładek, a może wstawiacie same hasztagi? 

Pamiętajcie o minimum trzech zdaniach w komentarzach, podsyłajcie linki do Waszych bookstagramów i do dyskusji... raz! :)



Zapewne większość z Was zna Samanthę Young i jej serię On Dublin Street. Przyznam, że Cofając czas było moim pierwszym spotkaniem (zacząć od 5 tomu, ładne sobie) z autorką książek obyczajowych z romansem i nutką erotyzmu w tle. Czy udanym? Dowiecie się, czytając recenzję. 

Historia rozpoczęła się prologiem, w którym poznajemy główną bohaterkę, Shannon MacLeod, w wieku szesnastu lat. Pomieszkuje u babci w Edynburgu, skąd ma ją odebrać chłopak, Ewan, bo ruszają na koncert. Traf - lub raczej zrządzenie losu - chce, że Shannon na swojej drodze spotyka chłopaka, którego widok dosłownie oczarowuje. Nazywa się Cole Walker. 

Fabuła nagle urywa się i przenosi o dziewięć lat w przyszłość. Teraz Shannon przeprowadza się z Glasgow do Edynburga, by uwolnić się od rodziny, toksycznego związku i znaleźć dobrą pracę. Przychodzi na umówioną rozmowę kwalifikacyjną do popularnego, szkockiego studia tatuażu INKarnate, którego szefem jest znany i szanowany tatuażysta, Stu Motherwell. Od momentu wkroczenia do studia, od poznania przystojnego Simona, zawsze wrednej, ale przy tym szczerej do bólu Rae, życie Shannon wywraca się o przysłowiowe sto osiemdziesiąt stopni. I chyba to życie nie zamierza oszczędzić bohaterki, bo niespodziewanie okazuje się, że menadżerem salonu jest nie kto inny, a chłopak poznany w prologu, rudzielec z niezwykłymi oczami, które oczarowują. Cole. 

Akcja nabiera rozpędu, gdy przystojny tatuażysta zaczyna powoli przedzierać się przez gruby mur zbudowany w ramach bezpieczeństwa wokół serca Shannon. Zamknięta w sobie, zakompleksiona, poszukująca szczęścia oraz odwzajemnionej miłości, porzucona i odrzucona zbyt wiele razy kobieta wreszcie otwiera się na drugiego człowieka. Pytanie brzmi: na jak długo i kiedy znów zostanie zraniona?

Cofnąć czas to opowieść poruszająca, niezwykle emocjonująca, a momentami zaskakująca. Stykamy się z dziewczyną, która po ogromie zawodów czy to miłosnych, czy na poziomie rodzinnym, nadal próbuje walczyć. Co przez demony przeszłości jest niezwykle trudnym zadaniem. Realistycznie wykreowani bohaterowie ze swoim indywidualnymi charakterami bardzo urozmaicają powieść, nadając jej wręcz przerażająco rzeczywistego odbioru. I wielu smaczków. Dostajemy parę zwrotów akcji, fabuła jednak rozwija się powoli, skrupulatnie dążąc do celu. Nie było momentu, w którym bym się nudziła i który wydałby mi się mało prawdopodobny. Bohaterów polubiłam od razu, szczególnie Rae - niepatyczkującą się kobietę pełną wulgarności i z sercem na dłoni.

Jedyną wadą, jaką znalazłam w Cofnąć czas, były czasami zbyt cukierkowate fragmenty. O dziwo, nie między głównymi bohaterami, a dalszą lub bliższą rodziną Cole'a. Te ich spotkania wydawały się ździebko oderwane od rzeczywistości. Za słodko i za dużo lukru, bym powiedziała. W porównaniu do całokształtu ta wada to zaledwie niewielki mankament. 

Cofnąć czas polecam osobom mającym ochotę choć na chwilę uciec od burej pogody za oknem. Chcącym poczytać o powoli kiełkującej nici porozumienia, przekształcającej się najpierw w zaufanie, a potem w bezwarunkową miłość. Książka o trudzie losu, z którego można - jeśli się mocno chce i dostatecznie wierzy - wyjść obronną ręką. Bo żeby żyć w pełni szczęścia wcale nie trzeba cofać czasu. Trzeba nauczyć się na błędach i zaufać odpowiednim ludziom, szczególnie jeśli tak podpowiada serce.

8/10

Cofnąć czas
Samantha Young
Wydawnictwo Burda Książki
Warszawa 2020
Stron: 386

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu:


Ile razy zastanawialiście się, czy wydarzenia, których byliście świadkami, zdarzyły się naprawdę czy były jedynie złudzeniem? Sytuacje wydawały się niemal wyssane z palca, a każdorazowe przestawienie faktów na głos brzmiało absurdalnie. Sylwia Bies w swojej debiutanckiej powieści Fikcja prowadzi bohaterów przez prawdę i fałsz, stawiając między nimi cieniutką granicę, której przekroczenie przynosi wyłącznie cierpienie.

W Fikcji główną rolę odgrywa Kaja. Poznajemy ją w dniu urodzin, na które specjalnie z Londynu przeleciała jedyna przyjaciółka Kama. Kaja jest też spełnioną żoną Wojtka i spodziewa się dziecka. W tamtej chwili świat nie może wydawać się piękniejszy. Bohaterka chyba jednak wyczerpała przypisany limit szczęścia, ponieważ wtedy dochodzi do wypadku samochodowego, w którym ginie Wojtek, jej bratnia dusza. Świat zaczyna się sypać, Kaja popada w depresję tak silną, że próbuje popełnić samobójstwo, nie bacząc na małego człowieka rosnącego w brzuchu.

Na szczęście (lub nie) w tym niegodnym czynie przeszkadza jej Filip, młodszy brat Wojtka. Obiecuje zaopiekować się bratową oraz jej nienarodzonym synem.

Kolejna część przedstawia losy bohaterów siedem miesięcy później. Kaja urodziła zdrowego, silnego Franciszka, którego wychowuje wraz z nowym mężem, Filipem, w domu zbudowanym na spokojnym osiedlu pod Krakowem. Problem polega na tym, że z dnia na dzień Kaja czuje się słabsza psychicznie, wiele rzeczy zaczyna nie grać, a Filip zdaje się posiadać całkiem inną twarz. Raz kochający, dbający o rodzinę ojciec i mąż, a po paru chwilach wrzeszczący, pedantyczny tyran, zabraniający Kai opuszczać dom. Kobieta momentami czuje się jak w klatce, nagminnie bije się z myślami, próbuje odnaleźć sens i logikę. 

Aż nagle całe życie Kai okazuje się fikcją.

Niesamowity thriller psychologiczny, który z każdą przeczytaną stroną wzbudzał masę nowych emocji. Od radości, przez niepewność, aż do irytacji i wściekłości. Jako czytelnik wpadłam między kakofonię uczuć. Historia Kai wywoływała ogromną niepewność - kompletnie nie wiedziałam, czego spodziewać się po książce. Mogę też przysiąc, że ostatnie rozdziały czytałam na jednym tchu. 

Bohaterowie zostali wykreowani realistycznie, momentami za bardzo, co trochę przerażało. Akcja toczyła się idealnie: raz zwalniała, by przekazać wszystkie myśli, z którymi zmagała się bohaterka, by zaraz potem przyspieszyć. Chwilami trochę nużyły mnie fragmenty, gdzie Kaja ciur na siłę próbowała wytłumaczyć postępowanie Filipa i swoje. Nie rozumiałam też, dlaczego pod nieobecność męża nie mogła po prostu uciec z domu, ale to najwidoczniej wynikało ze słabej psychiki bohaterki.

Cóż mam więcej napisać? Fikcja siada na psychę, szczególnie wydarzenia z części trzeciej. Tam w ogóle nie wiedziałam, co się dzieje. Czy Kaja naprawdę zaczęła tworzyć nową rzeczywistość? Czy Filip faktycznie jest dobrym, kochającym mężem i ojcem, którego przybija choroba żony i który nie potrafi sobie z nią poradzić? 

Jestem niesłychanie zadowolona, że dałam szansę kolejnemu debiutowi. Fikcję polecam z czystym sumieniem zarówno fanom thrillerów psychologicznych, jak i osobom, które mają chęć poczytać o bardzo zagubionej kobiecie, za wszelką cenę próbującej odnaleźć się w nowej roli. Bo Kaja jako matka musi przede wszystkim zadbać o dziecko, w czym ani przyjmowane pigułki, ani problemy z zanikiem świadomości, a już szczególnie mąż-tyran nie pomagają. 

8/10

Fikcja
Sylwia Bies
Wydawnictwo Vectra
Opole 2020
Stron: 280

Witam wszystkich w ten chłodny, ponury, majowy poranek. Oby pogoda prędko się poprawiła, bo co to za majóweczka bez słońca, grilla i zimnego piwka? Ach, no tak, aktualnie przecież średnio z podobnymi eventami... Mam nadzieję jednak, że nie tracicie dobrego humoru, a energii macie co niemiara - i wykorzystujecie ją przede wszystkim na czytanie!

Jak co miesiąc, też i dzisiaj przychodzę do Was z podsumowaniem, tym razem mojego kwietniowego czytelnictwa. Zgodnie z obliczeniami przeczytałam 10 książek (na zdjęciu brakuje jednej, bo w ramach BookTour poszła dalej w świat, a drugiej, bo zapomniałam dołożyć ją do zdjęcia - brawo ja). Łącznie wyszło 2612 stron, czyli o 512 stron mniej niż w marcu. Co nie zmienia faktu, że i tak sporo, więc summa summarum jestem duma. ;)

Co czytałam?
→ przede wszystkim wreszcie pokusiłam się na trylogię Dziewięciu żyć Chloe King Liz Braswell (kolejno: Upadła, Uprowadzona, Wybrana) - recenzje ukażą się wkrótce
→ świetną młodzieżówkę przyprawiającą o dreszczyk emocji Czarny Staw Roberta Ziębińskiego (recenzja tutaj)
dwa romanse erotyczne Katarzyny Nowakowskiej (jeden pod pseudonimem K.N.Haner), czyli Złe miejsce oraz Skandal (recenzja kolejno tutaj i tutaj) - dodam, że Skandal to była druga PRZEDPREMIEROWA recenzja na Pomistrzowsku!
debiut Pauliny Wiśniewskiej, czyli Jak smakuje szczęście? (recenzja tutaj) - najgorzej oceniona książka kwietnia
→ kolejny debiut: Fikcję Sylwii Bies - przyznam, że niesamowicie udany, a recenzja ukaże się niebawem
→ sięgnęłam po Inną miłość szejka Artura Ligęski i Oscara Maya, niezwykłą pozycję z gatunku literatury faktu (recenzja tutaj)
→ wzięłam również udział we wspaniałej inicjatywie BookTour i przeczytałam Książkę, której nigdy nie przeczytasz, której autorem jest Wiktor Orzeł (recenzja tutaj)
Co zabawne, poziom czytanych lektur był bardzo wyrównany (poza jednym wyjątkiem), więc postanowiłam nie wybierać najlepszej książki. 

Ponadto na Pomistrzowsku mieliśmy okazję porozmawiać o portalu CzytamPierwszy.pl w IV odsłonie Serii Dyskusyjnej Trochę o... (chętnych dalej zapraszam do wtrącenia paru groszy - klik, klik). Swoją drogą, jeśli macie jakieś propozycję tematów dyskusyjnych, to śmiało piszcie poniżej w komentarzach! Pojawił się także pierwszy post z nowego cyklu okołoksiążkowego, czyli Wydawnictwa na czynniki pierwsze (klik). W maju postaram się dodać po dwa posty z każdej z serii, żeby nie było na Pomistrzowsku za nudno, a co!

Nowi obserwatorzy, lepsze statystyki, więcej komentarzy to zaledwie wierzchołek góry lodowej tego, jak bardzo jestem Wam wdzięczna. Za wchodzenie na bloga i czynne udzielanie pod każdym postem - dziękuję! Niczym siła motoryczna napędzacie mnie do działania. :)

Chciałabym jeszcze nawiązać do BookTour: pierwszy raz miałam styczność z podobną zabawą, na którą Was wszystkich serdecznie zapraszam! Z tego, co wiem, miejsca jeszcze są. Klikajcie w baner poniżej, żeby przenieść się do postu-matki na blogu Matki Puchatki. 

Do następnego postu, moi drodzy Pomistrzowianie!