Tak, jak wspominałam w podsumowaniu lutego (a potem marca), postanowiłam ruszyć z kolejnym dodatkiem. Tym razem na odstrzał pójdą Wydawnictwa - te mniej znane, oczywiście. Będę wyławiać je spośród tysięcy, spróbuję dowiedzieć się, jakie książki wydają, z czego słyną i takie inne głupoty. Myślę jednak, że warto poznać niszowych wydawców, którzy mają na swoim koncie interesujące książki, ale nie potrafią przebić się medialnie. 

Z racji tego, że mieszkam w Trójmieście postanowiłam nie szukać daleko. Zajrzałam do Sopotu, a tam znalazłam Wydawnictwo, których publikacje mogą niektórych zainteresować. 



Parę słów o + co wydają:

Smak Słowa powstał w 2007 roku. Głównie interesują się wydawaniem literatury pięknej oraz popularnonaukowej. Z tego, co zauważyłam, przeważa tematyka psychologiczna, ale wydają również te z dziedziny nauk społecznych. Ponadto chętnie współpracują z pisarzami/tłumaczami książek arabskich oraz fascynują się Norwegią - w szczególności powieściami kryminalnymi.


Najbardziej popularne:

Są dwie serie, którymi szczyci się Smak Słowa. Seria o komisarzu Williamie Wistingu pióra Jorna Liera Horsta oraz saga o rodzinie Neshov Anne B. Ragde. Jako bestsellery promują również pozycje takie jak: Posłuszni do bólu D. Dolińskiego i T. Grzyba, Pięknie się różnić, mądrze być podobnym W. Łukaszewskiego albo (co mnie zainteresowało) Gastrobanda. Wszystko, co powinieneś wiedzieć, zanim wyjdziesz coś zjeść J. Milszewskiego i K. Sadkowskiego.


Zapowiedzi:

Niebawem nakładem Smaku Słowa ukażą się pozycje (kliknijcie na okładki, aby dowiedzieć się więcej) takie jak:


Co więcej?

Bardzo spodobało mi się, że Smak Słowa bierze udział w wielu wydarzeniach (lub je tworzy/współtworzy). Festiwal Książki Psychologicznej w Sopocie albo spotkania z autorami to raptem dwa z wielu naprawdę interesujących propozycji. 


Strona internetowa: https://sklep.smakslowa.pl/


Czytaliście książki wychodzące nakładem Smaku Słowa? A może zainteresowała Was konkretna pozycja i zamierzacie zapoznać się z nią w niedalekiej przyszłości? Często sięgacie po tematykę psychologiczną? A jak z literaturą norweską? :)


Przygotujcie się na historię pełną grozy, nierozwikłanych tajemnic oraz nadnaturalnych mocy. Na staw tak czarny i głęboki, że tylko Diabeł może w nim zamieszkać - nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak prawdziwie brzmią te słowa...

Ale po kolei.

Czarny Staw opowiada o Kamilu i jego mamie, którzy wskutek porzucenia przez ojca i męża przeprowadzają się ze stolicy do babci mieszkającej w niewielkiej mieścinie położonej w Małopolsce, do Czarnego Stawu. Miasto raczej nikomu nieznane, co brzmi wręcz absurdalnie, bo działy się tam rzeczy niepojęte. I o dziwo wszystkie związane ze stawem znajdującym się opodal. Staw ten miał wodę czarną jak noc, otoczony był lasem i stromym klifem, a każdy mieszkaniec wiedział, żeby nie zapuszczać się tam po zmroku - szczególnie jeśli chciało się nadal żyć. W Czarnym Stawie zdarzyło się zbyt wiele tragicznych i niewytłumaczalnych sytuacji, by móc je zignorować.

Oczywiście, znajdowali się i tacy, co ignorowali przesłanki i zamierzali zbadać toń Czarnego Stawu, urządzić imprezę na skałach czy nawet utopić w nim szczeniaki, których nikt nie chciał przygarnąć. I ci wszyscy nieustraszeni kończyli zwykle identycznie: martwi, z powyrywanymi kończynami, złamanym kręgosłupem czy poharataną twarzą. 

Straszne, prawda?

Po przeprowadzce Kamil poznaje nowych przyjaciół: Akirę, Niedźwiedzia i Długiego, którzy nie tylko wprowadzają go w temat Czarnego Stawu i jego mrocznej otoczki, ale również postanawiają zbadać temat. Dowiedzieć się, ki czort zamieszkuje czarne wody i go wypędzić, aby miasteczko i jego mieszkańcy wreszcie zaznali upragnionego spokoju. Dodatkowo Kamil odkrywa prawdę o własnej rodzinie, o miłości babci i dziadka, o tym, dlaczego dziadek (zupełnie jak ojciec) odszedł od rodziny.

Książka jest naprawdę świetna! Dawno się tak nie ubawiłam przy czytaniu. I mówiąc: ubawiłam, mam na myśli zupełne pochłonięcie przez wciągającą fabułę, utknięcie w miasteczku z interesującymi bohaterami, wraz z którymi kolejno rozwiązywałam zagadkę po zagadce. Realne postacie i interesujące wątki to nic w porównaniu z towarzyszącymi dreszczami przy poznawaniu podłoża mocy Czarnego Stawu. Przyznam szczerze, że nie do końca byłam pewna rozwinięcia kwestii zamieszkującego tam zła, dlatego końcówka (gdzie wszystko się wyjaśniło) całkowicie mnie kupiła. 

Jedynym minusem, jaki znalazłam, to zbyt szybkie tempo akcji. Owszem, czasami taki zabieg pozwala mocniej się wczuć, ale tutaj klimat asystował nam od samego początku. Rozwinęłabym więc nieco bardziej temat, mocniej pokluczyła, może dodała kolejne niewyjaśnione śmierci? Czarny Staw skończył się bez żadnego zwlekania, a ja bym chciała jeszcze troszkę poprzebywać w świecie Kamila.

Podsumowując, Czarny Staw Roberta Ziębińskiego jest książką nietuzinkową, przeznaczoną raczej dla młodzieży. Choć dorośli również znajdą radość w czytaniu czy dążeniu do prawdy. Autor sprawnie przeprowadza nas przez kolejne wątki, pozwala poznać fantastycznie rozbudowane merytorycznie postacie, a przede wszystkim nie zapomina o dziecięco-niewinnym zapale, co z pewnością docenią młodsi czytelnicy. Polecam każdemu, kto zamierza uciec od szarej rzeczywistości i dać się ponieść lawinie emocji. 

Nie polecam czytać nocą, ponieważ momentami można naprawdę się przerazić. :)

8/10

Czarny Staw
Robert Ziębiński
Wydawnictwo Burda Książki
Warszawa 2020
Stron: 223


Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu:


Nadszedł kwiecień, a wraz z nim śnieg i mrozy - jak to zwykle bywa na wiosnę. A tak na serio, to w aktualnej sytuacji kryzysowej przyda nam się troszkę uśmiechu, dlatego znów wstawiam zdjęcie stosika przeczytanych książek w marcu, któremu towarzyszy szczęśliwy (bo je płatki kukurydziane) szczurek. Tym razem Płocia, bo Dorcia zwiała w kąt. :)

Cóż mogę powiedzieć o marcu?

Udało mi się przeczytać aż 9 książek, co uważam za mały-wielki sukces (część pierwszą Stróży czytałam w formie ebooka, więc niech Was nie zwiedzie brak książki na zdjęciu). Przy tylu nadgodzinach i utrudnieniach 9 jest naprawdę ładną liczbą. Jeśli chodzi o ilość stron, to mój kalkulator mówi o 3124. Wow. W porównaniu z lutym przeczytałam aż o 630 stron więcej. 

A były to:
→ trzy ostatnie części serii Selekcja: Jedyna, Następczyny i Korona autorstwa Kiery Cass (recenzje najprawdopodobniej ukażą się niebawem)
→ Stróże oraz Stróże. Brudnopis Boga (recenzje kolejno tutaj i tutaj) - mój pierwszy kontakt z Ćwiekiem i z pewnością nie ostatni!
→ Dziedziczka jeziora Marii Dahvany Headley (najsłabiej oceniona książka marca; recenzja tutaj)
→ Zabobon Hassana (recenzja tutaj)
→ U martwych w Dallas Charlaine Harris (druga część serii o Sookie Stackhouse, recenzja ukaże się niebawem)
oraz
→ Bez pożegnania Agnieszki Lingas-Łoniewskiej (recenzja tutaj) - pragnę zaznaczyć, że recenzja była pierwszą przedpremierową recenzją opublikowaną na Pomistrzowsku!

Ponadto mogliście podyskutować o antykwariatach i bukinistach oraz o debiutach w drugiej i trzeciej odsłonie serii dyskusyjnej Trochę o... oraz zapoznać się z czterema zapowiedziami nietuzinkowych propozycji wydawniczych! W podsumowaniu lutego wspominałam o utworzeniu nowego cyklu postów dotyczącego niszowych wydawnictw - Wydawnictwa na czynniki pierwsze. Spokojnie, pierwszy post na bank ukaże się w kwietniu. 

Marzec był również miesiącem, w którym troszkę przesadziłam z ilością zakupionych książek (albo otrzymanych z portali lub od wydawnictw). W każdym razie moja biblioteczka wzrosła o 12 nowych pozycji - w kwietniu zamierzam nieco przystopować, bo niedługo w pakiecie będę musiała dokupić nowy regał. :)

Na tę chwilę to tyle. Bardzo dziękuję za Waszą obecność i komentarze, które jak nic innego motywują do działania! No, cóż, do zobaczenia w następnym poście!

P.S. Dopiero dodając zdjęcie, zauważyłam, że U martwych w Dallas znalazła się do góry nogami. :P


Ostatnio przyszłam do Was z pierwszą częścią Stróży, więc dzisiaj czas na drugą, na Brudnopis Boga. Powiem tak: pióro Ćwieka znów mnie pochłonęło i zaintrygowało do tego stopnia, by sięgnąć po jego kolejne cykle, lecz tym razem poczułam również zawód. Chcecie wiedzieć dlaczego? Zapraszam do dalszej recenzji.

Stróże. Brudnopis Boga przedstawia nam pięć praktycznie niezależnych, choć teoretycznie powiązanych ze sobą opowiadań, pomiędzy którymi przewija się Dziś - czteroczęściowe, krótkie fragmenty dotyczące aktualnych wydarzeń. I jeśli te opowiadania w zupełności mnie urzekły, dodając powieści, tak Dziś kompletnie zawodzi. 

Dziś dzieje się bezpośrednio po Epilogu części pierwszej Stróży, gdzie mamy Butcha i Zadrę próbujących rozpracować Isma'ila, anioła oszalałego, żyjącego bez kontaktu z rzeczywistością. Aniołowie z WINA starają się również dowiedzieć, czym jest tytułowy Brudnopis Boga. Ogólnie pomysł Ćwiek miał naprawdę dobry, tylko wykonanie troszkę nie poszło. Nie mówię tu konkretnie o stylu autora, ale o realizacji planu. Pomieszanie wątków, zburzenie linii czasowej to zabieg, któremu nie do końca podołał. Mógł opisać tę historię jako jedno z opowiadań, co na bank wyszłoby o wiele lepiej, bardziej wciągająco. Tutaj otrzymaliśmy kawałki historii, które po połączeniu skleiły się w całość, owszem, lecz bardzo niespójnie i bez kleju ani rusz. 

Co się tyczy opowiadań: cud, miód i orzeszki! Wciągnęłam się w każde: czy to przedstawiające pierwszy kontakt Butcha z Zadrą i założenie WINA (Wydziału Interwencyjnego Nadzoru Anielskiego), czy ukazanie pierwszego upadku Lucyfera oraz innych aniołów powiązanego, jak się okazało, z plemieniem Indian. Dotarliśmy też na Haiti, gdzie zderzyliśmy się z voodoo i ze ześwirowanym... (bez spojlerów, więc nie skończę zdania). Ćwiek zagwarantował również świetną zabawę dla miłośników kotów, które jako motyw przewodni urzekają w Karmie, ostatnim opowiadaniu.

Najbardziej w Stróżach. Brudnopis Boga spodobał mi się sam motyw aniołów stróżującymi nad aniołami stróżami - jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmiało. Mówię Wam, Ćwiek dał radę z utworzeniem anielskiej wspólnoty, urzeczywistnił ją i udekorował smaczkami. Czytając, bawiłam się przednio i żałuję, że to koniec mojej przygody z Butchem i Zadrą. Dla wielbicieli Kłamcy wspomnę, że Loki również miał swoje momenty w książce, zdecydowanie mniejsze niż w pierwszej części, ale to dobrze - Lokiemu poświęcono cały cykl, niech teraz inni się wykażą, a co! :)

Podsumowując, świetna historia czy to na nudne wieczory, czy na spokojne, czy nawet na szalone, pełne kłótni domowników, gdzie jedyne, o czym się marzy, to zamknięcie w pokoju i ucieczka od rzeczywistości. Polecam zarówno fanom jak i niefanom fantasy - bo czy ktoś nie lubi historii o aniołach, którym towarzyszą rozmaite przygody pełne bałaganu, zagadek i zwrotów akcji? No właśnie. :)

7/10

Stróże. Brudnopis Boga
Jakub Ćwiek
Wydawnictwo SQN
Kraków 2019
Stron: 388

Przeczytane za pośrednictwem portalu