Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trochę o.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trochę o.... Pokaż wszystkie posty

 

W życiu każdego człowieka bywa, że choćby najmocniej na świecie kochał konkretną czynność, choćby była ziszczeniem marzeń, dawała spełnienie albo najzwyczajniej cieszyła podczas jej wykonywania, i tak przyjdzie ten okrutny moment, w którym zapragnie się odpocząć. 

Myślę, że niejeden/na z Was kiedyś spotkał/a się z podobnym problemem (i nie mam tu na myśli wyłącznie czytania lub czynności bezpośrednio powiązanej), dlatego stwierdziłam, że oto narodziła się doskonały chwila do podyskutowania! Dlatego...

zaprasza na

IX ODSŁONĘ SERII DYSKUSYJNEJ, CZYLI
TROCHĘ O ZASTOJU CZYTELNICZYM

Dla uproszczenia załóżmy, że jesteś zapalczywym czytelnikiem, od lat nałogowo pochłaniasz książki, a randomowi ludzie korzystają z twoich poleceń... A tutaj nagle uderza w ciebie swego rodzaju wypalenie, nie potrafisz się wciągnąć w fabułę kolejnej powieści albo cierpisz na nałogowy brak czasu, kompletnie pochłonięty innymi zobowiązaniami związanymi z szarą rzeczywistością. 

Co robisz? :)

Zmuszasz się, mając nadzieję, że wena i chęci wrócą niczym synowie marnotrawni? Dajesz na przeczekanie? A może znajdujesz sobie zupełnie nowe zajęcie?

A tak zupełnie na serio: zastój (nie tylko czytelniczy, ale również zawodowy/hobbystyczny, etc.) to nieprzyjemna rzecz, która niestety zdarza się nad wyraz często. Ludzie to stworzenia ciągle pragnący się rozwijać, robić coś nowego (a przynajmniej większość), dlatego uważam, że zbyt długie obcowanie z jedną rzeczą może się w końcu znudzić. Pytanie brzmi: co zrobić, jeśli tą rzeczą jest zajęcie dające ogromy radości i bezwarunkowego szczęścia? Czy warto z niego rezygnować, bo dopadła nas nuda? Albo - jak w moim przypadku - stuprocentowe zaangażowanie w drugi projekt?

Jestem tutaj z Wami od ponad dwóch lat, ale dopiero niecały miesiąc temu musiałam stanąć twarzą w twarz z zastojem czytelniczym. Ciężko było mi sięgnąć po książkę, już o napisaniu jakiejkolwiek recenzji nie wspominając. Parę razu musiałam się wręcz zmuszać, by cokolwiek zrobić. Wydaje mi się, że miałam po prostu za dużo na głowie - od połowy kwietnia moje myśli prawie całkowicie pochłaniały przygotowania do ślubu. Nie mogłam więc skupić się na żadnej innej czynności; odpadało nawet moje ukochane wieczorne czytanie, ponieważ czasami najzwyczajniej w świecie zasypiałam wyczerpana. 

Liczę, że w ciągu kilku dni (maksymalnie tygodnia) wszystko wróci do normy, ale może znacie jakieś sposoby na zwalczenie zastoju? Czy Was też kiedyś dopadł syndrom wyczerpania? Koniecznie o tym opowiedzcie!

Zapraszam do dyskusji na temat zastoju czytelniczego w komentarzach. I pamiętajcie o "regulaminowych" minimalnych trzech zdaniach! :)


Dawno nie pojawiła się żadna osłona serii dyskusyjnej, za co przepraszam, ale szczerze mówiąc, kompletnie wyleciało mi to z głowy. Zajęłam się innymi inicjatywami, np. Autorskimi 10 minutami, stąd to chwilowe opóźnienie. 

Ale, no more! Wracamy do dyskusji, kochani! :)

Od jakiegoś czasu na polskich bookstagramach pojawia się wiele postów, story i komentarzy dotyczących współpracy z wydawnictwami. Mowa o zaletach, wadach i ogólnych założeniach tej wymiany medialnej. Stwierdziłam, że chętnie podejmę temat i zobaczę, jak wy się zaopatrujecie na tę sprawę. Dlatego...

zaprasza na

VIII ODSŁONĘ SERII DYSKUSYJNEJ, CZYLI
TROCHĘ O WSPÓŁPRACY Z WYDAWNICTWAMI


Zacznę od banałów, ponieważ - jak wiadomo - taka współpraca jest bardzo korzystna zarówno dla wydawców jak i dla blogerów/bookstagramerów/booktuberów/ogólnie osób "siedzących w książkach", których będę dla uproszczenia nazywać twórcami. Każdy coś zyskuje. Wydawca dostaje promocje tytułów oraz swego rodzaju szum medialny, ponosząc przy tym niewielkie koszty. Twórca z kolei może poznać nowości często przedpremierowo albo świeżo po premierze, czym zachęca wielu potencjalnych czytelników do dłuższego pozostania na prowadzonej stronie. 

Problem w tym, że momentami wspomniana współpraca nie przebiega gładko i miło. Wydawcy mają zbyt dużo wymagań, których spełnienie często zabiera twórcom dużo czasu: napisanie recenzji, dodanie postów na social media lub też - w zależności od umowy - wrzucenie ich na portale książkowe czy strony księgarni internetowych. Dodatkowo porobienie zdjęć, nagranie story i inne pierdoły tego typu, na które poświęca się często wiele, wiele godzin. W zamian więc twórcy oczekują wynagrodzenia (czy to w postaci wymiany barterowej, czy odpowiedniej zapłaty w przypadku współpracy komercyjnej - wszystko zależy od pierwotnych ustaleń). I wtedy zaczynają się schody...

Ze swojego doświadczenia powiem, że jest różnie. Niektóre wydawnictwa są naprawdę cudowne. Nie mają żadnych problemów, chętnie odpowiadają na pytania i odpisują na maile, traktując twórcę jak równego sobie. Ale niektóre... cóż, powiedzmy, że powinny się jeszcze trochę nauczyć. :) Nie mówię tutaj tylko o głupim podziękowaniu za napisanie recenzji czy zwyczajnym odpisaniu na maila (parę razy zdarzyło się, że wysyłając zapytanie o egzemplarz albo listę linków z recenzjami otrzymanych książek, nie dostałam żadnej odpowiedzi. Nie wiem, jak Wy, ale dla mnie to nieprofesjonalne zachowanie). Największym policzkiem jest - w przypadku współpracy barterowej - otrzymywanie egzemplarzy bezpłatnych przed ostateczną korektą, czyli egzemplarzy niepełnych. Jako osobie, która poświęca sporo czasu na promowanie książki, miło by było dostać finalny produkt, czyli taki, jaki się teoretycznie reklamuje, czyż nie? I taki, na który się pierwotnie umawiało. Przecież reklamując sukienkę, nie dostaje się takiej nie do końca uszytej albo samego materiału, prawda?

Oczywiście, należy wówczas napisać z prośbą o wysłanie egzemplarza finalnego, ale otrzymana odpowiedź nie zawsze jest zadowalająca.

Na bookstagramie spotkałam się z opiniami, że niektóre wydawnictwa wręcz każą pisać same przychylne recenzje, inaczej nie dostanie się "w nagrodę" książki. Nigdy osobiście się z czymś takim nie spotkałam (chyba że miałam farta do wydawnictw, z którymi rozpoczęłam współpracę :P). Kompletnie też nie rozumiem twórców, którzy się na to godzą lub (już nawet pomijając fakt nacisku ze strony wydawcy) sami decydują się wychwalać kompletny chłam, bojąc się, że zła recenzja zakończy ich współpracę. Szczerze mówiąc, takie zachowanie urąga pozostałej grupie twórców, szczerych i skrupulatnych, i uważam, że taka praktyka powinna się zdecydowanie zakończyć. Może właśnie dlatego niektórzy wydawcy traktują twórców jak bezmózgie istoty, jakim można wcisnąć wszystko?

Na zakończenie pragnę zaznaczyć, że post nie powstał po to, by obrazić wydawców czy twórców, ale by pokazać, że nie zawsze jest ładnie i kolorowo. Każda współpraca zawsze ma dwa końce jak kij i wyłącznie od nas samych zależy, na jakie warunki się zgodzimy. Jeśli nie macie problemów z otrzymywaniem niefinalnych egzemplarzy, niech będzie, wasza sprawa. Jeśli uważacie inaczej, to również wasza opinia, do której macie prawo. 

Czasami jednak trzeba usiąść i się zastanowić, czy to, co robię, ile poświęcam czasu i nerwów, rzeczywiście jest warte produktu próbnego i ani jednego "dziękuję". :)


Chętnie poznam, co sądzicie i jak zaopatrujecie się w tym temacie. Napiszcie mi wszystko, co wam leży na duszy! Do następnego!


Przyznajcie się, ilu z Was spotkało się z taką sytuacją: czytacie książkę, kończycie ją i nagle dowiadujecie się, że ma więcej tomów? Albo że tomy nie zostały przetłumaczone na polski, a Wy nie znacie języka oryginału?  

Mi osobiście trafiło się to zbyt wiele razy i z tego względu postanowiłam stworzyć kolejny post, czyli...


VII ODSŁONĘ SERII DYSKUSYJNEJ, CZYLI
TROCHĘ O NIEDOKOŃCZONYCH SERIACH


Przyznam bez ogródek, że nienawidzę znajdować się w sytuacji wspomnianej powyżej. Zwłaszcza kiedy książki pochłoną mnie do tego stopnia, że jedyne, o czym jestem w stanie myśleć, to dalsza fabuła. Niestety, jak to w życiu bywa, czasami ma gorzki smak, a doczytanie ulubionej serii nie jest pisane. 

Powody mogą być różne.

Przede wszystkim wydawnictwa z tylko dla siebie znanej przyczyny postanawiają dalej nie wydawać kolejnych tomów cyklu - często nawet nie informując czytelników, co według mnie jest bardzo niesprawiedliwe. Osobiście nie należę do osób znających inne języki na poziomie pozwalającym przeczytać (i zrozumieć!) całą książkę, ergo doczytanie serii staje się niemożliwe. Teoretycznie wystarczy nauczyć się języka, ale drodzy Państwo, jakie jest prawdopodobieństwo, by dla często jednej książki uczyć się czasów, przypadków, odmian oraz słówek?

To ten prostszy powód, który mimo wszystko da się rozwiązać.

Drugim, i najgorszym, jest blokada autorska. Autor po prostu nie potrafi dalej wymyślić/zmusić się do pisania/wejść ponownie w stworzony świat/milion innych powodów, przez co seria dalej nie powstanie. A na to nie ma lekarstwa.

Pisząc ten post, chciałabym się dowiedzieć, jak u Was wygląda podobna sytuacja? Co robicie? Próbujecie dorwać książkę w oryginalne czy odpuszczacie? Co sądzicie o wydawnictwach, które postanawiają nagle przestać dalej wydawać cykl? Wiadomo, że to wyłącznie ze względów finansowych, ale czy jeśli się coś zacznie, nie powinno się doprowadzić do końca?

Pamiętajcie o regulaminowych trzech zdaniach, klawiatury w dłoń i napiszcie mi, co sądzicie. :)


Pod jedną z ostatnich recenzji miałam możliwość poznać nowe pojęcie dzięki dziewczynom: Aleksandrze (Szara Kawiarenka - klik) i Ken G. (Kotek książkowy - klik). Dotyczyło ono wydawnictw typu vanity. Zainteresowana postanowiłam rozwinąć temat, nieco poczytać, a później stwierdziłam, że najlepiej wciągnąć Was w dyskusję - wtedy wnioski przychodzą same wraz z Waszymi odpowiedziami. :)

W ramach wyjaśnienia vanity publishing to forma wydania własnej książki, w której firmy drukarskie zapewniają skład techniczny, projekt graficzny wnętrza książki oraz okładki, druk, nadanie numeru ISBN oraz wysyłkę egzemplarzy obowiązkowych do Biblioteki Narodowej. W tym sposobie samopublikowania to autor pokrywa wszystkie koszty.* 

Skoro już mniej-więcej wiecie, o co chodzi, bez przedłużania...

VII ODSŁONĘ SERII DYSKUSYJNEJ,
CZYLI TROCHĘ O WYDAWNICTWACH TYPU VANITY


Istnienie tego typu wydawnictw jest w Polsce strasznie krytykowane, co zarazem jestem w stanie zrozumieć i co mnie trochę burzy. Nie oszukujmy się: wydanie książki to czynność często wręcz niemożliwa bez znajomości, popularnego nazwiska czy właśnie pieniędzy. Ilość propozycji, które otrzymują wydawnictwa, jest tak duża, że przekopanie się i wyłowienie tych najlepszych zajmuje często ogrom czasu, a i wybierane są te nieporównywalne, oryginalne oraz przez tematykę/styl/pomysł pozwalające wydawnictwu zarobić. A jak wiadomo, zawsze znajdzie się ktoś lepszy: książka będzie miała ciekawszą fabułę czy nawet bardziej prawdziwych bohaterów. 

Z tego względu autorzy decydują się na publikację swoich wypocin u wydawnictw, które jedyne, czego od nich chcą, to pieniądze. Załatwią wszystko: od okładki, przez wydruk egzemplarzy, po korektę (często po łebkach, ale zawsze korektę). Może nawet coś popromują, jak zapłaci się więcej? I wcale się nie dziwię, że autorzy wolą zapłacić i mieć spokój. Chcą uniknąć stresu związanego z oczekiwaniem, brakiem odpowiedzi czy często z odrzuceniem propozycji. Tutaj mają pewność, mogą zabłysnąć w świecie autorów z własną książką.

I wtedy zaczynają się tworzyć problemy. Zauważyłam, że ludzie często podchodzą bardzo negatywnie do takich książek, nie czytają ich z założenia, bo nie zamierzają przykładać się do dania zarobić wydawnictwu. Trzeba jednak pamiętać, że wydawnictwo już na książce zarobiło, a my, decydując się na nieczytanie, przeszkadzamy jedynie autorowi. A może historia jest naprawdę interesująca? A może ten autor pisze rewelacyjnie i warto go zauważyć, i dać szansę? Tu musicie sami się zastanowić, czy życie uprzedzeniami to dobry wybór. Wszak nie kupując książek od wydawnictw typu vanity, nie sprawimy, że przestanie ono funkcjonować. :)

Gorzej, jeśli książka autora okaże się totalną chałą, a my wydaliśmy tylko niepotrzebnie pieniądze. Wtedy rozumiem, że można się zirytować, choć to mało powiedziane, bo poza zmarnowaną forsą straciło się też czas...

Tyle w temacie, jeśli chodzi o moje przemyślenia, ale to jeszcze nie koniec odcinka!

W dzisiejszej odsłonie mam dla Was niespodziankę w postaci głębszego rozwinięcia tematu. Skontaktowała się ze mną osoba bezpośrednio współpracująca z wydawnictwem typu vanity, która postanowiła podzielić się własnymi przeżyciami związanymi z publikacją w takim wydawnictwie. Przez wiążącą umowę osoba ta musi pozostać anonimową, dlatego nazwijmy ją Autorem. :)


Autor bardzo dokładnie przedstawił, jak wygląda współpraca z wydawnictwem typu vanity, najbardziej jednak zaskoczyły mnie kwestie związane z pozyskiwaniem autorów.
Zaczyna się od tego, że wysyłają maila z pozytywną odpowiedzią na zgłoszenie książki, piszą, że książka jest intrygująca/ciekawa/oryginalna i że chętnie ją wydadzą, ale ze względu na trudną sytuację na rynku książki, zwłaszcza w przypadku debiutujących i nieznanych autorów potrzebne jest dofinansowanie ze strony autora. To nawet nie są oryginalne maile, ale szablony, w które wpisuje się kolejne tytuły i nazwiska, ewentualnie dorzucając 2-3 zdania, tłumaczące dlaczego książka im się spodobała - wiem o tym, ponieważ dwóch moich znajomych także do nich pisało i dostali praktycznie identyczne odpowiedzi - pokrywały się w 90 % z tym, co dostałem ja.
Spodziewaliście się takiego obrotu sprawy? Bo ja nie. Myślałam, że wydawnictwa przynajmniej na początku stwarzają swego rodzaju pozory, dyskutując z domniemanym autorem, a nie lecą po bandzie. Jak już uda im się przekabacić autora na swoją stronę, jak już umowa zostanie podpisana, wtedy nadchodzi czas na redakcję i korektę.

Tutaj, z tego, co pisze Autor, wypadło całkiem nieźle. Dotyczy to jednak konkretnego wydawnictwa, w którym wydawał książkę - inne mogą podchodzić do redakcji nieco gorzej.
[...] w kwestiach redakcji i samego wydania sprawa wygląda nieco lepiej. Z redakcji w ogóle jestem dość zadowolony, ponieważ pan, z którym współpracowałem był rzeczowym i miłym profesjonalistą i szło to całkiem dobrze - na kilka kwestii zwrócił mi uwagę, zasugerował parę rozwiązań i poprawek - niektóre były lepsze od moich pomysłów, więc chętnie na nie przystałem. Każda sugestia i wersja redakcji (było ich chyba 8) były do mnie przesyłana i wszystko było ze mną konsultowane - nic nie mogło się odbyć bez mojego zatwierdzenia, więc pod tym względem jestem raczej zadowolony.
W trakcie pracy nad książką kontakt z wydawcą był bardzo dobry, żeby nie powiedzieć, że świetny. Odpisywali na każdego maila, odbierali telefony, etc. Kontakt urwał się w dzień premiery. Autor spodziewał się przynajmniej paru wzmianek, a tutaj cisza jak makiem zasiał. Kiedy dzwonił i dopytywał, to zbywano go, że tak powinno być... A przecież na etapie pozyskiwania autora składano tyle obietnic...
Wydawca chwali się, że współpracuje z kilkuset blogerami i recenzentami, że korzysta z najlepszych hurtowni i dystrybutorów, że książka będzie dostępna w Empikach i innych znanych księgarniach, że promuje wydane przez siebie książki w mainstreamowych mediach - wszystko to jest kompletna ściema. A raczej bardzo umiejętne niedopowiedzenie - owszem, współpracują z kilkuset blogerami, ale książkę wyślą do 6-7, z których nie wiadomo, czy ktokolwiek ją ostatecznie zrecenzuje
Brak reakcji ze strony możliwych czytelników podkopuje podwaliny wiary w siebie autorów, szczególnie tych debiutujących. Boją się, że książka okazała się klapą, bo to wręcz niemożliwe, by po ponad pół roku nie było żadnego odzewu. Promocja więc wygląda tak, jak bardzo autorowi będzie zależeć i jak mocno będzie próbował dogadać się z recenzentami na własną rękę.

Najbardziej zaskoczył mnie jeden wniosek Autora:
I teraz dochodzę do istoty oszustwa - wydawnictwa typu vanity nie są drukarniami [...] to nawet coś jeszcze gorszego - to jest pośrednik pomiędzy autorem a drukarnią. Bo jeśli dokona Pani obliczeń, szybko się okaże, że gdyby sama Pani zatrudniła redaktora, korektora, zaprojektowała swoją okładkę i zleciła wydrukowanie 300-400 egzemplarzy jakieś drukarni, zapewne zapłaciłaby Pani o połowę mniej, niż wyszło to Pani za pośrednictwem wydawnictwa. Ich ceny zależą od ilości stron - w przypadku książek o średniej objętości (350-400 stron) zapewne jest to ok. 7-8 tysięcy złotych.
A po nim dość mocne słowa:
[...] gdybym miał dzisiejszą wiedzą, raczej nie wydałbym tej książki u nich [wydawnictwo typu vanity]. I wątpię, abym kiedykolwiek się jeszcze na taki układ zdecydował - wolę już nie wydać książki wcale lub puścić ją za darmo w internecie, niż tracić nerwy i zdrowie na szarpaninę z ludźmi, którzy nie grają ze mną w otwarte karty, ale zamiast tego ściemniają i mają mnie wiadomo gdzie.
[...] z tego co wiem, 90 % przypadków wygląda tak jak mój i zdecydowana większość autorów, którzy decydują się na współpracę z vanitami jest finalnie rozczarowana - pakują w wydanie swojej książki mniejsze, lub większe pieniądze, mamieni obietnicą profesjonalnej promocji i pomocy w zaistnieniu na rynku, a zamiast tego zostają zostawieni na lodzie i jeśli sami czegoś nie zrobią, pieniądze okażą się wyrzucone w błoto.

Co sądzicie o takich wydawnictwach? A o autorach decydujących się na publikowanie książki za kasę? Sięgacie po egzemplarze powstałe drogą vanity publishing? Zaskoczyły Was słowa Autora?


Pióra w dłoń (a raczej klawiatury), piszcie śmiało, dzielcie się, rozmyślajcie i pamiętajcie o regulaminowych trzech zdaniach! :)


*Wikipedia

Większość z Was już zapewne trochę mnie zna. A przynajmniej  na tyle, by wiedzieć, że fantastyka to mój świat i moje książki, po które sięgam częściej i z większą przyjemnością niż po książki z innych gatunków. Strasznie boli mnie jednak fakt, że fantastyka wydaje się najmniej popularna - całkowicie nie rozumiem czemu.

A jak najlepiej poznać, jak inni zaopatrują się w danym temacie? Tak, dobrze! Pięć punktów dla Gryffindoru! - stworzyć post i powiedzieć...

VI ODSŁONĘ SERII DYSKUSYJNEJ, CZYLI
TROCHĘ O FANTASTYCE


Fantastyka to temat szeroki i głęboki, dlatego została podzielona na trzy podgatunki: science-fiction, fantasy oraz horror (tak, dobrze czytacie, horror wlicza się do fantastyki). Osobiście prowadzi u mnie fantasy - jakoś bliżej mi do smoków, elfów i krasnali niż do statków kosmicznych czy robotów.

Z fantastyką po raz pierwszy zetknęłam się przy (to będzie szok) Harrym Potterze, w wieku siedmiu, może ośmiu lat. Nie potrafiłam pojąć, jak można wymyślić coś tak nierealnego i przecudownego. Świat, w którym magia, latanie, potwory, różdżki i czarodzieje to rzeczy jak najbardziej normalne. Potem przyszedł czas na wampiry (Akademia wampirów, seria Nocnych Łowców, nawet Zmierzch), a później to już w ogóle... Czarne Kamienie, Władca Pierścieni, Igrzyska Śmierci i milion innych, co sprawiło, że przepadłam na zawsze. 

Boli mnie więc strasznie, że aktualnie wiele osób stroni od fantastyki. Nie jestem w stanie pojąć, czego można tu nie lubić? Zatapiania w baśnie, w marzenia? Walk rycerzy? Może czarnoksiężników? Albo magicznych artefaktów i zwykle walki między dobrem a złem? Co ze słodkimi robotami nierozumiejącymi życia?

Rozbudzam tę dyskusję głównie pod siebie - musicie mi to wybaczyć. Chciałabym się po prostu dowiedzieć, co Wami kieruje. Dlaczego odrzucacie książki z gatunku fantastyki? Dlaczego sięgacie po zwyczajne, często nieco nudnawe codzienne życie, które macie... no, cóż, na co dzień? A może wręcz przeciwnie i tak jak ja jesteście psychofanami nadnaturalnych mocy? Która książka wpłynęła na Wasze zamiłowanie? Od czego zaczęliście swoją przygodę?

Zapraszam do dyskusji! 




Z pewnością nie muszę tłumaczyć, czym jest wspomniany w tytule bookstagram. Większość z Was zapewne posiada konto na Instagramie i dodaje tam zdjęcia książek wraz z krótką recenzją/opisem/pogadanką o niczym. Ba! Sama ostatnio pokusiłam się na założenie konta (zainteresowanych zapraszam to klikania tutaj).

I kiedy tak zaczęłam przeglądać inne profile, kiedy mocniej zagłębiłam się w ten światek, doszłam do wniosku, że to idealny temat na kolejną dyskusję! Dlatego...

V ODSŁONĘ SERII DYSKUSYJNEJ, CZYLI
TROCHĘ O BOOKSTAGRAMIE


Osobiście uważam, że konto na Instragramie - programie w zupełności poświęconym kreatywnym, fotograficznym wyładowaniom, które kręci się wokół literatury, to naprawdę świetna sprawa. Zanim się tam znalazłam, nie spodziewałam się, że książki mogą tak ślicznie wychodzić na zdjęciach, jeśli zbuduje się odpowiednią aranżację i jeśli umie się co nieco. No, i oczywiście bardzo ważnym elementem tutaj jest obróbka zdjęć, czyli znajomość programów edytorskich. 

Pierwszy raz mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że Instagram to aplikacja, która jednak posiada jakiś sens. Bo książki to jest doskonały pomysł na stworzenie świetnego profilu. A nie przedstawianie zwykłego życia szarego Polaczka albo Madki Polki, dodającej na raz miliony fotosów ze spaceru swojego bombelka. 

Jedyną "wadą" bookstagrama są recenzje, które użytkownik dodaje pod zdjęciami. Przyznam szczerze, że nie trafiłam jeszcze na pełnowartościową, trzymającą się kupy, z sensem i polotem recenzję (zupełne przeciwieństwo blogosfery). Zwykle są to wycięte urywki (sama tak robię, bo pisanie na klawiaturze telefonu z ciągle podpowiadającym słownikiem zmieniającym wyrazy to istna mordęga), ale na swoje usprawiedliwienie powiem, że cała recenzja ląduje na blogu. A co z osobami nieposiadającymi bloga? Nie czują się ze sobą źle, kiedy potraktują przeczytaną książkę trochę po macoszemu?

Teraz zapewne stwierdzicie, że: Chwila, chwila, chwilunia! Na Instagramie dodaje się fotosy, a nie jakieś tam recenzje! A ja wtedy odpowiem: Okej. To po co więc umieszczać recenzje w ogóle? Nie wystarczyłaby tylko krótka pogadanka o dupie maryni? 

A jak to wygląda u Was, moi drodzy Pomistrzowianie? (Nazwa jest idealna, zamierzam jej używać już na zawsze). Ile zajmuje Wam zrobienie zdjęcia czy odpowiedniej aranżacji? Zwykle poświęcacie temu parę godzin i cykacie foty wszystkich książek ze stosu przeczytanych? A co z opisami pod zdjęciami? Piszecie recenzje, wstawiacie opisy z okładek, a może wstawiacie same hasztagi? 

Pamiętajcie o minimum trzech zdaniach w komentarzach, podsyłajcie linki do Waszych bookstagramów i do dyskusji... raz! :)


Dla tych, co nie znają, tłumaczę: CzytamPierwszy to platforma dla recenzentów i kompleksowa usługa recenzowania książek dla wydawców - a przynajmniej tak o sobie piszą. Zabawa polega na tym, że zarejestrowany użytkownik może wybrać z listy książkę i za odpowiednią ilość ichniejszych punktów (ISBNy) dostać ją totalnie za darmo. Płacisz w recenzjach. Im więcej recenzji, tym więcej punktów, a co za tym idzie - więcej książek do zrecenzowania. I tak koło się zamyka. 

Mam nadzieję, że znajdzie się parę osób aktywnie korzystających z portalu lub mających jakąkolwiek styczność z CzytamPierwszy w przeszłości i ochoczo podejmiecie dyskusję. Bez przedłużania więc...

IV ODSŁONĘ SERII DYSKUSYJNEJ, CZYLI
TROCHĘ O CZYTAMPIERWSZY.PL


Sama poznałam CzytamPierwszy stosunkowo niedawno (miesiąc, dwa?) i przyznam szczerze, że mam troszkę mieszane uczucia, a zdanie podzielone.

Na samym początku idea mega mi się spodobała: nowe książki za darmo (odezwał się we mnie Polak-Janusz). Co by uzbierać punkty na pierwsze zamówienie wystarczyło się zarejestrować oraz polubić fanpage'a i zaobserwować Instagrama, czyli jednym słowem pestka. Problem pojawił się po dodaniu recenzji - czekanie na akceptację przez administratorów to minimum 20 dni.

Na szczęście wtedy też załoga przeniosła się na inną platformę/poszperała w  ustawieniach/coś zmieniła, ale że jestem noga z informatyki, to nie mam bladego pojęcia ani co, ani jak się to nazywa. W każdym razie oczekiwanie skróciło się diametralnie, bo do jednego dnia, ale tylko po umieszczeniu recenzji na stronach księgarni internetowych czy na portalach książkowych. Gdy dodawałeś na bloga... Cóż, powiedzmy, że recenzję dodałam 19.03., a jej status nadal nie zmienił się na zatwierdzony. (Edit: 08.04. zaakceptowano recenzję). To zdecydowanie studzi zapał. Widzisz, że masz możliwość przeczytania świetnej książki (nieraz trzeba się ścigać o wybrany tytuł, bo rozchodzą się jak świeże bułeczki), ale brakuje ci punktów... Wiadomo jednak, że administratorzy nie roboty, własne życie mają, więc z zasady się ich nie pośpiesza. 

Podoba mi się za to zaangażowanie ludzi prowadzących CzytamPierwszy. Jeśli masz kłopot, wystarczy, że napiszesz do nich na fanpage'u. Warto również dołączyć do grupy facebookowej, bo wszystkich nowinek dowiadujesz się od ręki. :)

Podsumowując, bardzo fajna propozycja dla osób, które dopiero zaczynają przygodę z recenzowaniem książek oraz dla ludzi urodzonych z dużą dozą cierpliwości. 

A co Wy sądzicie o CzytamPierwszy.pl? Korzystaliście kiedyś z portalu? A może nadal czynnie się udzielacie? Pamiętajcie o regulaminowych minimalnych trzech zdaniach i... zapraszam do dyskusji!


Ostatnio otrzymałam możliwość przeczytania debiutu pani Dubler Dobre ciastko (kliknij, żeby przejść do recenzji), która - bez owijania w bawełnę - była kompletnym niewypałem. Potem gdzieś w necie dorwałam pdfa z innym debiutem innego autora - znów porażka. I tak naszły mnie rozważania, czy każdy debiutant pisze szmelc i dopiero z czasem nabiera ogłady i uczy się pisarskiego kunsztu? Czy istnieją perełki napisane ot tak, za pierwszym razem? Aż wreszcie czy człowiek rodzi się z umiejętnością pisania, czy przychodzi ona z wiekiem?

Myślę, że każdy z nas przynajmniej raz trafił na powieść debiutancką. Chciałabym poznać Wasze wrażenia, odczucia, dlatego...

III ODSŁONĘ SERII DYSKUSYJNEJ, CZYLI
TROCHĘ O DEBIUTACH

Nie miałam okazji przeczytać zbyt wielu debiutów, przyznaję. Poznając pióro jakiegoś znanego autora, często gnana ciekawością zaglądałam do jego pierwszej książki. W celach czysto porównawczych, oczywiście. I wiecie co? Rzadko kiedy się zawodziłam. Możliwe, że wyrobiłam sobie już o danym pisarzu opinię i mimowolnie próbowałam udoskonalić jego debiut. A możliwe też, że po prostu pisarz ten od początku świetnie władał słowem. :)

Wracając.

Każdorazowo, gdy sięgam po debiut, czuję dziwną ekscytację i strach. Niezwykle interesuje mnie, jak autor, którego nazwiska jeszcze nie słyszałam, poradzi sobie z opowiadaniem historii. Jednocześnie boję się, że owa historia będzie tak kiepska, że jedyne, co będę mogła o niej powiedzieć to: marnotrawstwo czasu. 

Dodam tylko, że rozumiem, jak ciężko musi być początkującym pisarzom. Jak ciężko jest wybić się z tłumu miliona nazwisk i zostać zapamiętanym, ale poza małym pomysłem trzeba również posiadać umiejętności. I taki drobny szczegół, acz niezwykle istotny: trzeba umieć prowadzić historię w sposób intrygujący i zachęcający, tak, by czytelnik nie rzucił książką w kąt albo co stronę nie ziewał. Przydałoby się najpierw przed wysłaniem "dzieła" do wydawnictw przejrzeć treści i zastanowić się, czy ja, jako czytelnik, bym to przeczytał. Rozumiem, że tacy autorzy muszą być podnieceni zakończeniem książki, nad którą zapewne pracowali miesiącami albo latami (rozumiem, szanuję i gratuluję), ale jeśli nie są czegoś pewni, powinni skorygować treści oraz zaczerpnąć opinii kogoś niepowiązanego. A nie od razu rzucać się na pożarcie ostrzącym zęby czytelnikom (pomijam fakt wydawnictw - aktualnie mam wrażenie, że wydawane jest dosłownie wszystko).

No, i w tym miejscu rodzi się pytanie: sięgać po debiut czy sobie darować? Dać szansę komuś nowemu albo olać sprawę i zaczytywać się w książkach znanych autorów, którzy raczej nas nie zawiodą?

A jak to wygląda u Was? Chętnie sięgacie po książki świeżynek? Znacie jakieś godne polecenia tytuły? Czy zwykle omijacie je szerokim łukiem, pozostawiając "przyjemność" poznania innym, a po autora sięgacie, gdy wyrobi renomę? 

Zapraszam do dyskusji i jak zwykle przypominam o minimalnych trzech zdaniach!

Co to antykwariat wie zapewne każdy z Was, ale myślę, że niewiele osób spotkało się z pojęciem bukinisty. Zanim przejdziemy do meritum, pragnę wyjaśnić, iż bukinistą zowie się człowiek handlujący starymi/używanymi książkami na ulicach. Coś jak antykwariusz, lecz na dworze. :)

Wielokrotnie zastanawiało mnie, co inni ludzie sądzą o podobnym handlu książkami. Dlaczego wybierają księgarnie internetowe bądź stacjonarne, całkiem zapominając o antykwariatach? Czy używana książka naprawdę jest zła? Lepiej mieć nową bez śladów użytkowania, świeżą i pachnącą niż pokrytą kurzem, z zagiętymi rogami, pożółkłymi kartkami pełną historii?

Liczę, że temat zainteresował Was na tyle, żebym bez problemów mogła powiedzieć:


II ODSŁONĘ SERII DYSKUSYJNEJ, CZYLI
TROCHĘ O ANTYKWARIATACH I BUKINISTACH


Sama rzadko kupowałam w antykwariatach, raczej wybierałam bezpośredni handel wymienny z użytkownikami albo korzystne oferty kupowania wielopaków przez Allegro bądź przez inne portale. Dopiero niedawno odkryłam, że byłam głupia i że przepłacałam. Zawładnął mną szał zakupowy, gdy odkryłam antykwariaty internetowe, a moja domowa biblioteczka zdecydowanie zbyt mocno się rozrosła. Nie, żebym żałowała i narzekała. :)

W antykwariatach bardzo podoba mi się to, że wolno tam nie tylko kupować. Jeżeli nasze regały wręcz uginają się od nadmiaru książek, bez problemu można coś odsprzedać. Cena nie porazi nas milionem zer, ale zawsze parę złotych w kieszeni podzwoni. Po co niechciana książka ma się kurzyć na półce lub czekać na człowieka, który łaskawie zdecyduje się na kupno, jak można podejść (lub załatwić cały proces internetowo bez wychodzenia z domu - no, może poza włożeniem książki do paczkomatu lub do skrzynki pocztowej) do antykwariatu i po pięciu minutach dokonać transakcji? Bardzo rzadko zdarza się, że książka nie zostanie przyjęta, więc nawet nie musimy się martwić. Proste, prawda?

Minusem antykwariatów jest przede wszystkim brak nowości. Ludzie nieczęsto pozbywają się książek, które dopiero co miały swoją premierę, dlatego nie spodziewajmy się tam świeżo wydanej powieści po cenie minimalnej. Tu trzeba uzbroić się w cierpliwość. Samo wypatrywanie i przeglądanie katalogów zajmuje mnóstwo czasu - jeśli zależy komuś na szczególnej książce, lepiej wybrać się do zwykłej księgarni lub zamówić przez stronę wydawnictwa.

Wiecie co wg mnie jest najlepsze u bukinistów i w antykwariatach? Kiedy po długich godzinach spędzonych na przerzucaniu kolejnych tomiszczy, natrafimy na książkę, którą chcieliśmy posiadać w swoim domowym wyposażeniu, o którą prosiliśmy na święta, ale nasza uparta rodzinka postanowiła z nas zadrwić i kupić nam żel pod prysznic lub peeling. Trzyma się ją wtedy najmocniej na świecie, a radość zdobycia wykracza poza rozkład normalny Gaussa. :P

A u Was jak to bywa? Jak najczęściej zdobywacie książki? Macie ulubione portale/antykwariaty/strony, po których buszujecie? :)

P.S. Pamiętajcie o regulaminowych, minimalnych trzech zdaniach! 

https://www.familyandmedia.eu
Wattpad, jak sam o sobie mówi, łączy ponad milionową społeczność czytelników i autorów poprzez siłę opowieści. Dla osób nieznających portalu wytłumaczę, że umożliwia on wrzucanie opowiadań potocznie zwanych przez użytkowników książkami, komentowanie ich, przyznawanie gwiazdek, dodawanie poszczególnych historii na specjalnie utworzone listy lektur oraz naprawdę wiele, wiele innych czynności bardziej przypominających facebooka niż stronę związaną z literaturą (mówię o konwersacji z obserwatorami, uzupełnianiem profilu, dodawaniem informacji odnośnie publikacji, etc.)

W Internecie zaczęły pojawiać się naprawdę przeróżne opinie na temat Wattpada i książek tam powstałych, dlatego chciałam pociągnąć za języki Was, moi drodzy, i zobaczyć, jak zapatrujecie się w temacie.

Z tego względu...

I ODSŁONĘ SERII DYSKUSYJNEJ, CZYLI
TROCHĘ O WATTPADOWSKICH "KSIĄŻKACH"


Z racji tego, że sama posiadam profil na Wattpadzie (tak, mea culpa) wypowiem się zarówno jako użytkownik i osoba postronna. Zapytacie: czy tak się da? Owszem, da się i już tłumaczę jak.

Jako użytkownik, który dodaje historie na Wattpada, powiem: to naprawdę dobry portal, który pomaga zdobyć czytelników. Osoby, które chętnie wchodzą na Twoje opowiadanie, zżywają się z nim, czytają, komentują i narzekając, że nie mogą doczekać się kolejnych części (w przypadku opowiadania wielorozdziałowego), motywują do pisania. Nie ma też co się oszukiwać, ale Wattpad bezprecedensowo zdominował blogosferę. Aktualnie blogi prowadzone są raczej z sentymentu, a ich autorzy i tak posiadają profil na Wattpadzie. Chcesz zdobyć czytelników? Załóż Wattpada. Naturalnie nie mówię tu o każdym, ale o zdecydowanej większości. 

Wattpad jest wygodnym portalem. Jeśli masz ochotę przeczytać obyczajówkę, fanfiction (te zdecydowanie dominują), opowiadanie dla młodzieży, coś o wiedźmach czy wilkołach - wszystko masz pod ręką. Wystarczy wpisać interesujące nas słowo lub wybrać gatunek literacki. W przypadku blogów trzeba znać adres, co bardzo utrudnia sprawę...

Jako osoba postronna, czyli czytelnik, jestem Wattpadem zdegustowana. Większość opowiadań tam wrzucanych, to - nie mydlmy oczu - szmiry najgorszej jakości. Żeby znaleźć tam coś ciekawego, trzeba przekopać się przez tysiące słabych, miernych i tych naprawdę okropnych historii. Dlaczego? Bo książki może dodawać tam każdy, czy to dwunastolatek bez wyrobionego... cóż, wszystkiego, czy trzydziestoparolatek mający na koncie tuziny naprawdę dobrych historii. I zwykle bywa na Wattpadzie tak, że te dobre historie toną w morzu złych oraz nieoryginalnych powielaczy. 

Przeczytałam tam może ze dwie, trzy opowieści mające ręce i nogi, z realnymi bohaterami oraz bogatym tłem, które też posiadają wielu czytelników. Zwykle jednak najwięcej użytkowników gwiazdkuje i komentuje sztuczne historie o gwiazdeczkach pokroju One Direction, albo o badboyach, którzy po poznaniu głównej bohaterki zmieniają się nie do poznania. W związku z tym nazwałabym Wattpad portalem dla niewyżytych nastolatek.

Najbardziej jednak w Wattpadzie mierzi mnie fakt, że ponad połowa opowiadań posiadających milion lub paręset tysięcy wyświetleń naprawdę przeistacza się w książki. Takie papierowe (bądź elektroniczne) pojawiające się w ogólnodostępnych księgarniach i zabierające miejsce autorom, którzy naprawdę potrafią pisać. Bo milion wyświetleń to okej, dużo, ale wydawnictwa powinni dostrzec, kto nabija wyświetlenia - czy dzieciaki, którzy dostali dostęp do komputera i żyją wyłącznie technologią, czy dorośli i dojrzali czytelnicy w większości sięgający po książki z prawdziwego zdarzenia. Rozumiem, że w takich sytuacjach wydawnictwa lecą na łatwe pieniądze (któż w tych czasach tego nie robi?), bo aby przekonać do zakupu książki, wystarczy, że na Wattpadzie autorka napisze post: kupujcie! Osobiście wyznam, że nie czytałam jeszcze żadnej książki, na okładce której widniało to magiczne ponad milion wyświetleń na Wattpadzie, bo boję się utraty czasu, który mogłabym poświęcić na inną powieść, innej autorki czy autora, takiej promowanej przez Wydawnictwa rzetelnie wybierające i przebierające w publikowanych dziełach. 

Bo co jest według Was bardziej prawdopodobne? To, że sięgnięcie po nieznanego autora szanowanego Wydawnictwa, które na swoim koncie ma masę dobrych powieści, czy po książkę Wydawnictwa promującego wattpadowskie książki i liczące na szybki zysk? W ogóle czytaliście jakieś książki z Wattpada? Posiadacie tam konta? Co uważacie?

Szybkie podsumowanie Wattpada wg mnie: Wattpad to dobry portal pozwalający zyskać stałych czytelników oraz poćwiczyć umiejętności pisarskie. I tyle. Nie powinien wychodzić dalej niż za Internet, a jego twórcy powinni od czasu do czasu przeczyścić serwery.

Zapraszam do dyskusji!

P.S. Postarajcie się napisać przynajmniej trzy sensowne zdania, żeby owa dyskusja miała sens. :)

Jak zapewne większość z Was zdołała zauważyć (tzn. przeczytać ramkę po prawej o tytule: uszanowanie!), od początku istnienia Pomistrzowsku skłaniałam się ku utworzeniu specjalnej SERII DYSKUSYJNEJ. Jeśli nie zwróciliście uwagi, to z pewnością tego postu już nie zdołacie przeoczyć - wielki czerwony napis powinien bić po oczach. I słusznie. :)

O co chodzi?


A o co innego może chodzić w dyskusji, jeżeli nie o rozmowę? Tak, moi drodzy, zamierzam ciągnąć Was za języki jak najmocniej się da i poznawać Wasze zdanie na temat... Cóż, wszystkiego dotyczącego literatury. 
Seria "Trochę o..." będzie kręcić się wokół książek, portali internetowych związanych z pisaniem/czytaniem/komentowaniem/recenzowaniem, forów internetowych, a czasami grup facebookowych, instagramów i miliona innych spraw mających związek z szeroko rozumianym pojęciem twórczości. 
Sami też proponujcie interesujące Was tematy, o których chcielibyście dowiedzieć się więcej oraz na które zamierzacie poznać opinię innych bloggerów. 

Dla kogo?


I to jest najlepsze, bo wziąć udział w dyskusji może KAŻDY. Wystarczy, że napisze komentarz pod postem - pamiętajcie, żeby dyskusja miała sens i cokolwiek wnosiła postarajcie się napisać przynajmniej cztery konstruktywne zdania. Liczy się każda opinia, czy to negatywna, czy pozytywna - macie prawo pisać, co naprawdę myślicie. Oczywiście, można (a wręcz należy!) wtrącać swoje trzy grosze pod odpowiedziami innych, można się kłócić, można przeklinać (jeśli kogoś poniesie, ale bez wyzwisk. :P), a przede wszystkim trzeba się dobrze bawić. :)


Kiedy?


Na tę chwilę kolejne odsłony będą pojawiały się dość nieregularnie, a co potem? Potem zobaczymy, jak się owa dyskusja przyjmie. Im więcej znajdzie się chętnych i czynnych uczestników, tym częściej będę podsyłać następne tematy.


Pierwszą odsłonę przewiduję już w następnym tygodniu, więc serdecznie zapraszam! W razie jakichkolwiek pytań, zapraszam do kontaktu pod spodem albo drogą mailową (e-mail znajdziecie w zakładce Kontakt). Chętnie posłucham też, czy macie ochotę na podobną zabawę, ogólnie jak się zapatrujecie i czy - przede wszystkim! - weźmiecie udział. :)